wtorek, 14 kwietnia 2020

Pogrzeb w czasach "korony"


24 marca Światowa organizacja Zdrowia (WHO) ogłosiła, iż zwłoki osób zmarłych na COVID-19 nie stanowią większego zagrożenia epidemiologicznego. Zaleciła jednak zachowanie tak dużego dystansu fizycznego wobec ciała, jak to tylko możliwe. O całowaniu zmarłego na pożegnanie należy zapomnieć i w ogóle nie należy go dotykać (poza wykonywaniem niezbędnych czynności przez odpowiednio zabezpieczone osoby). Rzeczy zmarłego, które towarzyszyły mu w chorobie, należy traktować jak niebezpieczny materiał biologiczny i odizolować od społeczeństwa. Pomieszczenie, w którym przebywał zmarły trzeba starannie zdezynfekować. 

Epidemia i idące w ślad za nią wytyczne, wpisane w ustawy wielu państw, zmieniły przebieg rytuałów pogrzebowych na całym świecie. I to nie tylko w odniesieniu do zmarłych zarażonych SARS-CoV-2, ale także we wszystkich innych przypadkach - bo przecież ludzie nadal umierają ze starości i na choroby inne niż COVID-19, nadal giną w wypadkach. Lakonicznie rzecz ujmując, ze względów bezpieczeństwa pogrzeby nie mogą się dzisiaj odbywać tak samo jak dawniej. 

Pisząc ten tekst opierałam się na informacjach z wielu artykułów prasowych datowanych na koniec marca i początek kwietnia, tak więc w tej chwili wszystko, co napisałam jest "świeże" i aktualne - lecz za jakiś czas się, rzecz jasna, zestarzeje. Adresy stron internetowych, z których korzystałam, podałam na końcu postu. 

Polska - nie myć, nie ubierać, nie oglądać 

Od 24 marca w Polsce obowiązuje zakaz zgromadzeń powyżej 5 osób, co dotyczy także pogrzebów. Co do mszy, zalecana jest rezygnacja, a jeżeli ma się odbyć, to na cmentarzu, nie w kościele, lecz decyzję jakie będą możliwości podejmuje ostatecznie Kościół. Każda archidiecezja (lub diecezja) ma własny zestaw wytycznych. Większość archidiecezji wymaga, by na mszy żałobnej była obecna jedynie najbliższa rodzina zmarłego, a czas pogrzebu był skrócony. Diecezja Gliwicka poszła dalej i ogłosiła, że msza żałobna może się odbyć w dniu pogrzebu, ale wyłącznie w trybie sine populo, czyli bez udziału rodziny; natomiast nic nie stoi na przeszkodzie, by mszę przełożyć na inny, daleki termin, kiedy wszyscy chętni będą mogli w niej uczestniczyć. Jeżeli trumna ma się znaleźć przed pogrzebem w kaplicy cmentarnej, to tylko na 10 minut i do kaplicy wejść może tylko piątka najbliższych krewnych, reszta zaś (o ile na pogrzeb przybyła - a zgodnie z zaleceniami nie powinna) musi czekać na zewnątrz. Oczywiście jest to możliwe tylko pod warunkiem, że zmarły nie miał wirusa. W Olszanicy, należącej do archidiecezji krakowskiej, pogrzeby odbywają się "pod chmurką" - kaplica cmentarna została zamknięta na czas epidemii, a msza odprawiana jest pod krzyżem misyjnym. Obecna może być na niej tylko najbliższa rodzina. 


11 marca Główny Inspektor Sanitarny wystosował do pracowników branży pogrzebowej pismo określające szczegółowe wytyczne postępowania ze zwłokami osób zmarłych w czasie pandemii wraz z ich podstawami prawnymi. Zgodnie z tymi wytycznymi do obmywania ciała po śmierci może być użyty jedynie płyn dezynfekujący i to nie dowolny, tylko figurujący na opublikowanej 10 marca liście środków biobójczych. Generalnie panuje zasada, że każdy zmarły może być zarażony i zwłok nie wolno dotykać. W przypadku zgonu nosiciela SARS-CoV-2 osoby zajmujące się ciałem muszą nosić ochronną odzież (kombinezon, czepek, maskę, gogle lub przyłbicę, rękawiczki), dezynfekować się i często myć ręce. Ciało musi być włożone do szczelnego worka z folii wraz z pościelą i ubraniem, w którym dana osoba chorowała i zmarła. Oczywiście musi to być specjalny worek i nie może się tym zajmować osoba nieprzeszkolona. W szpitalach ciała zmarłych "obsługują" pracownicy szpitala, poza szpitalami - przeszkoleni pracownicy zakładów pogrzebowych. Worek trzeba spryskać płynem biobójczym i jeżeli ma się odbyć kremacja, trzeba go włożyć w drugi worek, zaś jeśli pochówek - do trumny. 

Na dno trumny wkłada się 5-centymetrową warstwę substancji wchłaniającej płyny, a trumnę po zamknięciu dezynfekuje. To, że należy poddać odkażaniu wszystkie rzeczy, które miały kontakt ze zmarłym i całe pomieszczenie, w którym przebywał przed śmiercią i po śmierci, jest oczywiste. Ale za skażone uważa się też wszystkie przedmioty, które miały kontakt z trumną - dlatego je również należy zdezynfekować. Jest to m.in. karawan po każdorazowym transporcie trumny. Ważne, by dezynfekcja odbywała się w wyznaczonym, specjalnie przygotowanym miejscu, nie zaś w przypadkowym (czyli, kolokwialnie mówiąc, nie "byle gdzie" - przy czym określenie to dotyczy również myjni samochodowych, tych stałych i tych zorganizowanych naprędce). 

W Dzienniku Ustaw od 3 kwietnia stoi zapis, że zwłok osób zmarłych na COVID-19 nie należy nie tylko myć (zamiast tego odbywa się dezynfekcja), ale także ubierać, ani okazywać, czyli poddawać oględzinom np. policji, czy tym bardziej wystawiać w trumnie do tzw. "ostatniego pożegnania". Po prostu trzeba je spryskać płynem przeciwwirusowym i opakować w specjalne worki foliowe. 

Ponieważ wszystkie nieprzetestowane ciała zmarłych trzeba traktować jak zakażone, w zakładach pogrzebowych brakuje odzieży ochronnej. Rozwiązaniem problemu byłoby zdaniem pracowników branży tymczasowe wprowadzenie obowiązku kremacji, bo prochy nie są niebezpieczne. Rząd jednak nie chce wydać takiego przepisu. Jest to ostateczność, po którą Polska sięgnie dopiero przy odpowiednio dużej liczbie zgonów. 

Sądząc z pewnej opublikowanej w necie wypowiedzi pracownika zakładu pogrzebowego, przepisy nie były znane i nie zaczęły działać od razu. 29 marca nadszedł czas na pogrzeb pierwszej ofiary koronawirusa w Polsce. Ciało zostało odebrane ze szpitala przez zakład pogrzebowy i... nie było wiadomo, jak dokładnie postępować. Pracownik zakładu powiedział: "Nie ma żadnych procedur, więc nie wiadomo, co mam z nim teraz zrobić. Krematorium może je przyjąć dopiero za kilka godzin, a ono może przecież zarażać. Ale nie odmówię pochówku." Czy rzeczywiście 29 marca jeszcze nie było wytycznych, czy też jest to brak profesjonalizmu w tym konkretnym zakładzie, a może po prostu przejaw wykorzystywania sytuacji do walki politycznej z pomocą przekłamywania rzeczywistości - zapewne się nie dowiemy. Przytoczę tylko słowa dyrektora zakładu pogrzebowego z Pabianic, opublikowane w necie 27 marca i będące odpowiedzią na pytanie dziennikarki o postępowanie ze zmarłym zarażonym koronawirusem: "Otrzymaliśmy odpowiednie dyspozycje z sanepidu. Ciało zmarłego należy wtedy obmyć środkiem dezynfekcyjnym a trumnę odkazić. Mamy przygotowane kombinezony, fartuchy, rękawice a także przezroczyste przyłbice na całą twarz." 

Etykieta cmentarna też uległa zmianie. Na cmentarzach została wyłączona woda, zatem nie ma co liczyć na możliwość jej nabrania i podlania kwiatków. Kranów przy studniach nie wolno dotykać (i nie warto, skoro są "martwe"), zaś w odwiedziny do zmarłych można chodzić co najwyżej dwójkami. 

USA - ciężarówki-chłodnie, pogrzeby "drive-through" i masowe groby 

W chowaniu zmarłych USA ledwie nadąża za epidemią. Panuje gorączka - szczególnie w Nowym Jorku. Szwankuje wszystko: przygotowywanie dokumentów, przechowywanie zwłok i oprawa pogrzebu, który stracił wiele cech uroczystości, stając się raczej zgrzebną i pospiesznie dokonywaną czynnością sanitarną niż ceremonią. W wydawaniu aktów zgonu Stany powoli przestawiają sie na tryb on-line, rezygnując z wymogu osobistego złożenia podpisu przed osobę odbierającą dokument. W większości placówek Nowego Jorku nabożeństwa pogrzebowe zostały całkowicie zniesione - możliwość zorganizowania takiej mszy pojawi się później, gdy zaraza minie. Czasem jednak nabożeństwo się odbywa. Do końca marca mogło brać w nim udział do 50 osób, potem maksymalnie 10, a obecnie przepisy zaostrzyły się. W niektórych miejscach całkowicie zakazano zgromadzeń pogrzebowych i zezwala się na obecność na nabożeństwie, i w ogóle na całym pogrzebie, tylko jednej osoby z rodziny zmarłego. Musi się ona zadowolić towarzystwem kilku pracowników domu pogrzebowego i jednego duchownego, tak więc raczej nie ma wsparcia. Czasem na pogrzeb mogą przyjść "aż" dwie osoby z rodziny, a gdyby komuś zachciało się nie posłuchać prawa, policja czuwa i zwija każdy pogrzeb z nadliczbowymi żałobnikami, określany w takim wypadku jako "nielegalny". Nieobecnym zainteresowanym, którzy uczestniczą w ceremonii we własnych samochodach, zaparkowanych w pobliżu domu pogrzebowego albo cmentarza, firma pogrzebowa oferuje transmisję na żywo przesyłaną przez aplikację na smartfona. Gdy grabarze zrobią co do nich należy, sznur samochodów wjeżdża na cmentarz i powoli przejeżdża w pobliżu grobu. Nikt nie wysiada, nie składa kwiatów. Tylko tak może zaistnieć na pogrzebie większość bliskich zmarłego. Taki przebieg ceremonii ktoś żartobliwie nazwał pogrzebem "drive-through", a nazwa się szybko przyjęła - nie tylko w Stanach. 

Pogrzeby ze specjalnymi honorami chwilowo nie odbywają się w zwykłym trybie. Są całkowicie pozbawione pompy, trochę przypominają przekłuty balonik. Pracownika służb państwowych nie żegna się `szpalerem salutujących "kolegów po fachu" ani salwą honorową, nie układa się na jego trumnie flagi narodowej, nie sypie morza kwiatów, nie wygłasza przemówień. Pogrzeb jest krótki i z pewnością nie można go nazwać pięknym pożegnaniem. Wszystko co można zorganizować dla podkreślenia wyjątkowości i zasług zmarłego to procesja samochodów. Niewątpliwie, dla bliskich zasłużonego zmarłego jest to przykre doświadczenie, zwielokrotnione jeszcze przez wynikającą z nakazu izolacji samotność w okresie żałoby. 



Obecnie zamówień na pogrzeby jest od 3 do 5 razy więcej niż zwykle, a działania domów pogrzebowych są znacznie spowolnione przez fakt, iż worki ze zwłokami przetrzymywane są przez trzy dni w chłodni - tak jest np. w Kalifornii. Jest to zdaniem specjalistów konieczne, gdyż w ten sposób obniża się prawdopodobieństwo zakażenia obecnym na zwłokach koronawirusem pracownika domu pogrzebowego, który otwiera worek, by przygotować ciało do trumny. Ponieważ brakuje rąk do pracy, domy pogrzebowe wspomaga wielu wolontariuszy - a i tak wszystko toczy się wolniej niż by powinno. Należy przy tym wspomnieć, że generalnie ceny uroczystości pogrzebowych w USA znacznie wzrosły, nawet do sześciu razy. 

Bywa, że rodzina zmarłego spotyka się z prośbą o jak najdłuższe nieodbieranie zwłok ze szpitalnej kostnicy, bowiem w zakładach pogrzebowych brakuje miejsca w chłodniach. Ale i w szpitalach kostnice są przepełnione, więc przed niemal każdym z nich (przede wszystkim w Nowym Jorku) stoją na ulicy ciężarówki-chłodnie, do których wkłada się kolejne ciała. Może się zdarzyć nawet i to, że rodzina zmarłego zostanie poproszona o przyniesienie na pogrzeb własnej łopaty, bowiem panuje deficyt akcesoriów funeralnych. 



Epidemia narzuciła przemysłowi pogrzebowemu w USA tempo, któremu trudno sprostać. Mówi się, że czegoś takiego nie pamiętają nawet najstarsi Amerykanie. Ale pojawił się jeszcze inny problem. Zawsze zdarza się, że do kostnic trafiają anonimowi zmarli, przywiezieni do szpitala z ulicy albo znalezieni na niej już martwi. W normalnych czasach ich ciała przechowywano nieomal "do skutku", czekając aż zgłosi się po nie rodzina. Teraz czas ten skrócono w Nowym Jorku do 14 dni. Jeżeli w ich przeciągu nie zostanie ustalona tożsamość zmarłego i nikt nie odbierze jego ciała, chowa się go w skrzynce z surowych desek na wyspie Hart Island, gdzie od XIX wieku działa cmentarz dla anonimów. Ponieważ obecnie takich pochówków jest aż 125 tygodniowo, rzecz odbywa się "przemysłowo" - w masowych grobach wykopywanych na bieżąco przez koparki. Sam cmentarz to miejsce pozbawione zieleni, paskudne, straszące ruderami bez okien. Jest to po prostu makabryczne, lecz zapewne konieczne. 


Dotychczas nie ujawniono liczby pochowanych w ten sposób ciał. A jak to wygląda - można zobaczyć TUTAJ.


WŁOCHY - na północy ciała czekają w domach, a na południu -"dzikie pogrzeby" 

We Włoszech żniwo śmierci jest horrendalne. Trudno zdecydować, co jest teraz najpoważniejszym problemem: czy to, że ludzie umierają w samotności wymuszonej nakazem izolacji, czy też to, że martwe ciała leżą - dosłownie - w stosach i warstwach, a w chłodniach nie ma już ani skrawka miejsca? A może horror, jakiego doświadczają żywi, nie mogąc pożegnać umierających bliskich, a potem ich w należyty, godny i ogólnie przyjęty sposób poprowadzić w ostatnią drogę i pochować? 

Krematoria pracują na maksymalnych obrotach, ale i tak nie dają rady spopielić wszystkich zwłok. Przez to ciała długo czekają na swą kolej. Gdy ktoś umiera w domu, ciało może nie zostać przyjęte do domu pogrzebowego z braku miejsc. Opisywane są przypadki, kiedy zakład pogrzebowy dostarczał trumnę, krzyż, świece oraz... agregat chłodniczy do domu zmarłego, na kilka dni zamieniając prywatny salon w kaplicę pogrzebową. Do spoczywającego w domu zmarłego, ani do opłakujących go członków rodziny nikt nawet nie zajrzał, bojąc się wirusa. Tymczasem zmarły wcale nie musiał być zakażony. Żeby to wykluczyć, trzeba by było zrobić test, lecz służba zdrowia testów na zwłokach nie wykonuje, więc nawet najbliższa rodzina nie wiedziała, czy ma się bać zarazy, czy też może normalnie czuwać przy ciele. 

Włoskie zakłady pogrzebowe nie były przygotowane na taki armagedon, więc w końcu zabrakło maseczek i rękawiczek ochronnych. W związku z tym rozpoczęła się dyskusja nad możliwością pośmiertnego przekazania wirusa innym osobom. I chociaż generalnie głosi się pogląd, że zwłoki w odniesieniu do koronawirusa są dosyć bezpiecznym "materiałem biologicznym", pewien włoski lekarz ostrzega: gdy ciało jest przekładane podczas czynności wykonywanych rutynowo w domu pogrzebowym, z jego płuc uwalnia się nieco powietrza, które z pewnością zawiera SARS-CoV-2, jeżeli zmarły był zakażony. W związku z tym zwłoki osób, które nie były poddane testowi na obecność wirusa powinny być dla bezpieczeństwa traktowane identycznie jak zwłoki z potwierdzonym zakażeniem. 

Inne problemy wiążą się z tradycjami pogrzebowymi na południu kraju. Są one tak silnie zrośnięte ze światopoglądem i zakorzenione w lokalnej obyczajowości, że nierzadko dochodzi do łamania prawa. Wyobraźnia takich np. Sycylijczyków nie może znieść wizji pogrzebu bez kilkuset żałobników idących w procesji za trumną z kościoła na sam cmentarz - czasem zbiera się ich nawet tysiąc! I tylko wtedy można mówić o godnym pożegnaniu zmarłego. Obecnie o tak wielkim zgromadzeniu nie może być mowy i to rozumieją nawet Południowcy. Ale pogrzeby na 50 osób się odbywają pomimo, iż prawo zezwala na udział co najwyżej kilku osób w pogrzebie. Za jego złamanie grozi kara pozbawienia wolności do 3 miesięcy. Niektórzy Włosi ryzykują, inni cierpią. 

"Kilka osób" to określenie nieprecyzyjne. Ile to jest: trzy? Dziesięć? Okazuje się, że dokładna liczba żałobników jest podyktowana dostępną na danym cmentarzu przestrzenią, bowiem między tymi osobami musi być zachowany dystans bezpieczeństwa, czyli jeden metr odległości (nota bene, już dziś wiadomo, że powinny to być 3-4 m). 

Do pierwszej dekady marca obowiązywały następujące reguły: w domu pogrzebowym na tzw. ostatnie pożegnanie - czyli rzut oka na zmarłego przed zamknięciem trumny - mogły przybyć 2-3 osoby. Jeśli zaś odbywała się kremacja - 2 osoby. I tym dwóm osobom nie wolno się było wzajemnie podtrzymywać, musiały zachować przepisowy dystans. W kościele na nabożeństwie żałobnym mogło się zjawić 15-20 osób. Później sytuacja się zmieniła. Zakazano nabożeństw i pogrzebów z udziałem nawet najbliższej rodziny. 

W pewnym momencie pojawił się też pomysł udostępniania filmów z pogrzebów na facebooku - jedną z uroczystości pogrzebowych oglądało w ten sposób 100 osób, a niektórzy film udostępniali na swoich stronach. Taki sposób uczestniczenia w pogrzebie spodobał się Włochom i zyskuje coraz większą popularność. 

Tymczasem trumny zalegają setkami w kościołach, salach treningowych, garażach i gdzie się da. Cały świat obiegły zdjęcia kordonu ciężarówek wywożących ciała do kremacji z niewydolnego już Bergamo, gdzie liczba ofiar wirusa przeszła najśmielsze oczekiwania. Rok 2020 niewątpliwie na długo pozostanie w pamięci Włochów. 




HISZPANIA - najpierw pochówek, potem ekshumacja i dopiero kremacja 

W Hiszpanii jest tyle ofiar epidemii, że pogrzeby odbywają się w tempie ekspresowym, szczególnie w najbardziej porażonej przez koronawirusa stolicy kraju. W praktyce wygląda to tak, że trumna wyjęta z karawanu jest niemal natychmiast wkładana do grobu, a cała "ceremonia" (jakoś to określenie nie pasuje, prawda?) trwa zaledwie kwadrans. Nie ma pożegnania w kaplicy, nie ma przemówień i kondolencji nad grobem. Trumny są często proste, wręcz zgrzebne. Po wyjęciu trumny z karawanu ksiądz odprawia ultrakrótkie nabożeństwo pod chmurką na cmentarzu, przez pięć minut wygłasza błogosławieństwa, potem święci trumnę i do akcji wkraczają grabarze. Gdy karawan odjeżdża, już po chwili na scenę wtacza się następny - pogrzeby odbywają się przez cały dzień co 15 minut. W pogrzebie zaś mogą uczestniczyć najwyżej trzy osoby z rodziny zmarłego. Wszyscy, włącznie z duchownym, mają na twarzach maski i muszą zachować względem siebie przepisowy dystans 1-2 m. 


Nikt nie kryje, że taki pogrzeb sprawia ból. Jeżeli człowiek umierał z powodu koronawirusa w szpitalu, ostatnie słowa trzeba było do niego wypowiedzieć przez telefon. Teraz też nie można mu powiedzieć "żegnaj" w należytym skupieniu i odpowiednio podniosłym nastroju. Krewni zmarłych obiecują sobie, że jak już minie kryzys, wyprawią im należyty pogrzeb. Bo w tej chwili na pogrzebie płacze nie tylko rodzina, ale nawet ksiądz, który musi się "streszczać", chociaż chciałby udzielić żałobnikom wsparcia pokrzepiającymi frazami. 

Kiedy ciało ma być skremowane, sytuacja się komplikuje. 6 kwietnia władze Barcelony ogłosiły pewną makabryczną innowację. Z uwagi na ilość zamówień na kremację przekraczającą znacznie możliwości spalarni, organizowane będą pochówki tymczasowe. Oznacza to, że dopiero gdy pojawią się "wolne moce przerobowe", ciało zostanie ekshumowane i poddane kremacji. Zdaniem decydentów można spać spokojnie, bowiem nastąpi to na pewno w przeciągu 2 lat. 

Jeżeli ciało udało się skremować, można urządzić pogrzeb... w domu! W Katalonii działa firma pogrzebowa dostarczająca urny z prochami i niezbędne akcesoria do domów. Wówczas w pogrzebie może uczestniczyć więcej członków rodziny niż przepisowa garstka trzech osób. 


Inna nieprzyjemna strona umierania w czasach zarazy to brak miejsca do przechowywania ciał. O zaanektowaniu dwóch lodowisk w Madrycie na składy zwłok słyszał z pewnością każdy. Dokumentujących to zdjęć w internecie trzeba by było dobrze poszukać, bo na pierwszy rzut oka ich nie ma - być może pilnuje się ludzi, by nie robili zdjęć i nie rozpowszechniali makabrycznych obrazów. Można natomiast obejrzeć fotografie wielokondygnacyjnych parkingów miejskich (np. z Barcelony) chwilowo pełniących funkcję składowisk trumien z ciałami, oczekujących na pogrzeby. 




INDONEZJA - ze szpitala prosto do grobu 

Ciała osób zmarłych na koronawirusa i zmarłych podejrzanych o zakażenie (gdy nie zdążono zrobić testu przed śmiercią) muszą zostać owinięte w specjalną osłonę i okręcone kilkoma warstwami folii plastikowej, by nie wyciekały z nich na zewnątrz żadne płyny. Tak opakowane zwłoki wkładane są do drewnianej trumny dostarczonej przez szpital. Trumnę także owija się folią i spryskuje środkiem dezynfekcyjnym. Cała procedura odbywa się na terenie szpitala. Prawo nakazuje pogrzeb natychmiastowy, maksymalnie w cztery godziny od zgonu. Tak więc pomiędzy szpitalną kostnicą a wykopanym w ziemi grobem nie ma nic. Specjalny karawan odwozi trumnę na cmentarz lub do punktu kremacji. W karawanie trumna jest przed wyjęciem dezynfekowana jeszcze raz. 


W dziesięciomilionowej Dżakarcie do grzebania ofiar koronawirusa wyznaczone są tylko dwa cmentarze. Pracownicy zakładów pogrzebowych i rodziny zmarłych podczas pogrzebu muszą nosić maski N95, rękawiczki i uniformy. Po pogrzebie wszyscy zostają spryskani, a zdjętą odzież ochronną spala się na miejscu, to jest na cmentarzu. Ognisko rozpala się... na ziemi! 





INDIE - nad Gangesem pusto, nie płoną stosy 

W czasie epidemii obowiązuje określony sposób postępowania z ciałem osoby zmarłej na COVID-19. O tradycyjnym ciałopaleniu i wrzucaniu popiołów do Gangesu pisałam obszernie TUTAJ. Obecnie za ciałem niesionym na bambusowych noszach na ghaty, gdzie spopiela się zmarłych, nie może kroczyć długa procesja żałobników - osób może być tylko kilkanaście, maksymalnie (i raczej wyjątkowo) dwadzieścia. W świętym i słynącym z pogrzebów mieście Waranasi zaszły spore zmiany. Na brzegu Gangesu płonie znacznie mniej stosów niż jeszcze niedawno, ba! - prawie wcale ich nie widać. Przemieszczanie się ludzi po kraju jest ograniczone, więc tylko nielicznym udaje się dowieźć zwłoki w miejsce upragnione, gwarantujące zbawienie. Ludzie korzystają z krematoriów w pobliżu miejsca zamieszkania i jeśli mogą to sobie zorganizować, do Waranasi zabierają prochy, by wsypać je do Gangesu. Ale i takich nie jest zbyt wielu. 

Jeżeli jednak stos może zapłonąć w Waranasi, cała ceremonia wygląda inaczej. W normalnych warunkach zwłoki są poddawane rytualnej kąpieli w Gangesie - woda ma je w ciągu kwadransa obmyć z grzechów. Obecnie panuje zakaz praktykowania tego rytuału, podobnie jak zakaz dotykania i całowania ciała. Poza tym kapłan nie wygłasza przy stosie długiej modlitwy do bogini Gangi, tylko ogranicza się do kilku wersetów. W innym świętym mieście pogrzebów, Haridwar (również położonym nad Gangesem), kapłanów chętnych do odprawiania rytuałów przy zwłokach jest obecnie za mało, więc Hindusów prosi się o nieprzybywanie tam w celu oddania prochów świętej rzece. Niepocieszone rodziny zmarłych zapewnia się, iż kapłani dopełnią wszelkich rytuałów, by dusza zmarłego i przy tej wersji pogrzebu zaznała pokoju i zbawienia. 

W związku z zamrożeniem wewnątrzkrajowego transportu pojawił się jeszcze inny problem: w krematoriach, zastępujących stosy na ghatach, gromadzą się prochy spopielonych ciał, gdyż rodziny nie mają jak przyjechać po ich odbiór. 

W olbrzymich skupiskach ludzkich, jak np. w 13-milionowym Mumbaju, władze nakazały kremację w spalarniach mieszkańcom wszystkich wyznań, jednak musiały odstąpić od tego nakazu w przypadku muzułmanów, którym religia surowo zabrania kremacji i którzy podnieśli protest przeciwko dyskryminacji. Muzułmanie uprawiają więc standardowy pochówek swoich zmarłych na COVID-19 w płytkich grobach ziemnych, bez trumien. Wyłamują się też z zakazu obmywania zarażonych ciał, gdyż obmywanie jest dla nich obowiązkowym i ważnym rytuałem. No i masz babo placek... 

W Indiach żyje również społeczność uprawiająca tzw. niebiańskie pogrzeby (obszerny post TUTAJ), polegające na wyniesieniu zwłok w góry i oddania ich drapieżnym ptakom, które zjadają wszystko do cna. Władze hinduskie uważają, że skoro takie pogrzeby nie wiążą się z gromadzeniem tłumów (co według moje wiedzy może nie być prawdą, bo to zależy od rozległości kontaktów zmarłego), to są bezpieczne. Ja jednak mam w tej kwestii inne zdanie. Zwłoki niesie się na odpowiednią, wysokogórską łączkę dosyć długo, tradycyjnie - na plecach, czyli jest się z nimi w bliskim kontakcie fizycznym. A potem wirusy dostają się do organizmów ptaków, przez co ptaki mogą zostać rezerwuarem SARS-CoV-2 i mieć udział w jego rozprzestrzenianiu. Na szczęście ludzi wyznających zoroastrianizm i buddyzm tybetański nie ma w Indiach zbyt wielu. 

SRI LANKA - muzułmańska wojenka o prawo do tradycyjnego pochówku 

Minister zdrowia w odpowiedzi na epidemię wprowadził zakaz praktykowanego przez społeczność muzułmańską chowania zmarłych w płytkich grobach ziemnych bez trumien. Nakazał wkładanie ciał do worków foliowych i trumien oraz zakopywanie ich głęboko, dwa metry pod powierzchnią ziemi. Zarządzenie uzasadnił możliwością skażenia wód gruntowych odciekami z rozkładającego się ciała, które mogą zawierać wirusa SARS-CoV-2. Muzułmanie nie chcieli jednak poddać się prawu i w imię bezpieczeństwa ogółu podejmować działań "na wszelki wypadek". Oskarżyli więc władze Sri Lanki o dyskryminację, powołując się na wyniki badań naukowych, a raczej na... brak wyników, które mogłyby potwierdzić zagrożenie. W danych naukowych nie ma dowodu na to, że SARS-CoV-2 może się rozprzestrzeniać przez wodę. Wiadomo też, że w zmarłym ciele nie przetrwa dłużej niż kilka dni, a w ziemi - tym bardziej. Argumenty pomocnicze, że tradycyjny pochówek muzułmański jest nieprzyjazny dla środowiska, gdyż powoduje skażenie gruntu i wód gruntowych produktami rozkładu ciała, mniejszość wyznająca islam również odrzuca. Zalecana przez władze kremacja jest bowiem - jak wołają - bardziej szkodliwa dla środowiska niż ich zwyczaje pogrzebowe. Wszystko to jest z pewnością dyskusyjne i częściowo mogą mieć rację, ale w czasach zarazy - nawet jeżeli nie ma na razie dowodów naukowych - powinni jednak zwiększyć margines bezpieczeństwa i pójść na ustępstwa. To byłaby postawa społeczna i rozsądna. Epidemia zmusza wszystkich do kompromisów, do wydeptywania nowych ścieżek. Muzułmanie nie powinni się wyłamywać. Tym bardziej, że populacja światowa stale wzrasta i to samo, co można było zaniedbać dawniej, gdy ludzi było mniej i środowisko nie było tak wyeksploatowane i zanieczyszczone, dzisiaj stanowi problem i zagrożenie. Świat się zmienia, więc niektóre obyczaje także powinny ulec zmianie. I wcale nie tylko muzułmańskie! 

IRAK - podział zmarłych na "lepszych" i "gorszych" 

Duża liczba zmarłych z powodu epidemii wymusza zmiany w behawiorze pogrzebowym także w muzułmańskim Iraku. Tradycja nakazuje przeprowadzenie po pogrzebie trzydniowego okresu opłakiwania śmierci danej osoby w dużym gronie krewnych, przyjaciół i sąsiadów. Odbywa się to w specjalnie przygotowanych namiotach lub w meczetach. Kondolencje i łzy sypią się wtedy kaskadami. Obecnie takie zgromadzenia oczywiście nie mogą mieć miejsca. 

Co do kremacji, to w Iraku nie ma o niej mowy, jako że islam jej surowo zabrania. Grzebanie ciała w ziemi odbywa się, w miarę możliwości, w dniu zgonu - to jest w islamie ważna zasada. Lecz jak duże są te możliwości? Wygląda na to, że niewielkie. Cmentarze nie nadążają z grzebaniem zmarłych, więc odmawiają posługi, czyniąc zorganizowanie pogrzebu niemożliwym. Poszukiwanie miejsca pochówku może trwać nawet tydzień. Przez to odebrane ze szpitalnej kostnicy ciało musi do niej powrócić i "czekać w tłoku" na swój pogrzeb. O pogrzebaniu ciała gdziekolwiek nie ma oczywiście mowy nawet po tygodniu od śmierci, chociaż zdesperowana rodzina zmarłego jest gotowa na pochówek nawet na własnym podwórku, byleby już się to stało. Tymczasem władze, w trosce o bezpieczeństwo sanitarne, wysyłają do zrozpaczonych najbliższych zmarłego uzbrojonych ludzi, którzy groźbami (np. podpalenia samochodu) wymuszają cierpliwość i dalsze poszukiwanie legalnego miejsca pochówku. Nie wiem, kto za tym stoi, tzn. jakie dokładnie władze, ani na ile jest to powszechne zjawisko, ale tego rodzaju relacje zbierają i opisują dziennikarze. 

Zmarli podlegają selekcji na zarażonych, potencjalnie zarażonych i niezarażonych, więc nie wszyscy mogą być pochowani na "swoich" cmentarzach. Ciała zarażonych są wprawdzie chowane w płytkich grobach ziemnych zgodnie z nakazem religii, ale możliwe jest to jedynie w wyznaczonym przez władze miejscu. Na przykład w trzecim (po Mekce i Medynie) świętym mieście islamu, Najaf, oddalonym od Bagdadu aż o 160 km, albo w pielgrzymkowej Karbali 90 km na południowy-zachód od stolicy. Znajdują się tam olbrzymie cmentarze, na których utworzono sektory dla ofiar COVID-19. Czy nie było żadnego cmentarza bliżej stolicy? Fizycznie tak, lecz mieszkańcy z terenów wokół Bagdadu wpadli w panikę i zabronili pogrzebów ofiar pandemii na "ich" cmentarzach, a władze uszanowały ich stanowisko. 

Zamiast w zwyczajowy całun, zwłoki należy owinąć w foliowy worek i umieścić przed zakopaniem w trumnie. Jest to trudne do zaakceptowania przez islamskie społeczeństwo, więc podejmowane są próby wprowadzenia zmian do związanego z koronawirusem protokołu pogrzebowego. Naczelny szyicki kleryk Iraku, ajatollach Ali Sistani, występował do władz z propozycją owijania zwłok w trzy całuny, by było bezpieczniej niż zwykle, lecz nadal zgodnie z tradycją. Władze pomysł odrzuciły. 

Niestety, testów na obecność wirusa wykonuje się w Iraku mało, więc z pewnością zmarłych nosicieli jest więcej niż ujmują liczby w dokumentach. Dlatego powinno się chować w specjalnym trybie wszystkich (bądź prawie wszystkich) zmarłych. 

IZRAEL - worki pod całunem, łopata w odstawce 

O ile w większości dotkniętych pandemią krajów osoba zakażona umierająca w szpitalu może usłyszeć swych bliskich jedynie przez telefon i nie ma możliwości ich zobaczyć (ani oni jej), zaś po śmierci zostaje zapakowana w osłony i już się jej nie pokazuje rodzinie, o tyle w Izraelu wymyślono szklane klatki na ostatnie słowo pożegnania. Łóżko z ciałem pakuje się do szczelnego, dużego pudła o przezroczystych ścianach i pozwala popatrzyć rodzinie na zmarłego przez okienko. To rozwiązanie nie jest na razie bardzo powszechne, ale gdzieniegdzie w kraju stosowane. 


Ciało po śmierci z powodu koronawirusa w Izraelu owija się w dwa foliowe worki i nie wkłada do trumny, gdyż tradycja nakazuje, tak samo jak w islamie, chowanie zmarłych przykrytych tylko całunem bezpośrednio w ziemi. W dzisiejszej dobie całun można położyć na workach i w tej formie ciało złożyć do grobu. Jednak popularny obyczaj przekazywania łopaty z rąk do rąk, by każdy mógł rzucić garść ziemi na ciało, został chwilowo zakazany. W niektórych przypadkach żałobnicy upierają się, że będą rzucać ziemię gołymi rękami, unikając transferu ewentualnego wirusa przez łopatę. 

Trwająca tydzień stypa (zwana shiva) aktualnie nie może być praktykowana. Jeśli członkowie rodziny zmarłego odczuwają potrzebę wspólnego opłakiwania i rozmawiania o zmarłym, muszą robić to zdalnie, poprzez wideokonferencje. W kiepskim położeniu znajdują się ortodoksyjni żydzi, gdyż specjalna modlitwa za zmarłego, tzw. kaddish, musi być odmawiana przy gremium co najmniej dziesięcioosobowym. Nie pozostaje im zatem nic innego niż tymczasowa rezygnacja z tego zwyczaju. 

Dla części Izraelitów, zmarłych na COVID-19 poza ojczyzną, priorytetem jest (był?) pochówek w Ziemi Świętej. Dotychczas udało się w niektórych przypadkach załatwić transport zwłok do Izraela z Europy, jednak z USA już nie. Gdy minie epidemia i odżyje transport powietrzny, Żydzi pochowani w Stanach będą ekshumowani, przetransportowani do ojczyzny i pochowani w niej ponownie. 

EKWADOR - na ulicach czuć fetor zwłok 

Ekwador tonie w niepochowanych zwłokach, bowiem w warunkach kryzysu gospodarczego i panującej powszechnie biedy rodzin nie stać na pogrzeby. Kraj ten media podają za przykład horroru i sytuacji niezwykle trudnej do opanowania. W miastach cuchnie rozkładem. Ze szpitalnych kostnic nie odbiera się zwłok. Ludzie umierają także w domach, więc na ulicach leżą porzucone ciała, owinięte w folię lub karton. Rodziny zmarłych liczą na to, że pochowa je państwo. Ceny pogrzebów przekraczają możliwości wielu mieszkańców. I trudno posądzać ich o brak dobrych chęci! Zjawisko windowania cen za pogrzeby w czasach zarazy jest obiektywne stwierdzone - niedawno mówiło o nim BBC. 

Są też przyczyny tego stanu rzeczy inne niż finanse. Do domu karetka z lekarzem stwierdzającym zgon przyjeżdża dopiero po kilku dniach, a bywa, że w ogóle nie przyjeżdża - wówczas rodzina jest zmuszona do wyniesienia ciała na ulicę. Bywa i tak, że szacunek dla zmarłego powstrzymuje rodzinę przed wyniesieniem ciała, ale wtedy cała rodzina musi spędzić kilka dni poza domem. Nikt nie wie, czy zmarły złapał COVID-19, ludzie się boją. 



Nic więc dziwnego, że na scenę kryzysu sanitarnego musiała wkroczyć policja, by zabezpieczać zwłoki. W ponad dwumilionowym portowym Guayaquil, epicentrum epidemii, w Wielkim Tygodniu policja odebrała ich z prywatnych domów 771, z przeładowanych szpitalnych kostnic - 631. Gdzie trafiają te zwłoki? Do specjalnie wydzielonych mieszkań, gdzie muszą długo oczekiwać na dalsze postępowanie. 

Pewna ilość pogrzebów odbywa się pomimo cen, lecz wiąże się to ze staniem w długiej kolejce do biura zakładu pogrzebowego, by załatwić formalności. Zakłady pogrzebowe mają pełne ręce roboty i już nie odbierają telefonów - są przeciążone. Brakuje trumien. Ludzie chowają bliskich w kartonowych pudłach albo samodzielnie skleconych skrzynkach. Władze zapewniają, że każda ofiara koronawirusa otrzyma za darmo trumnę, jednak na razie są to zwykłe kartonowe pudła, i to w niewystarczającej ilości. A poza tym nie wiadomo, kto jest ofiarą wirusa, a kto nie, bo wykonuje się bardzo mało testów.


Oczywiste jest, że nie wszyscy zmarli to ofiary koronawirusa, jednak przy kulawej diagnostyce wszystkie zwłoki trzeba traktować jak potencjalne źródło zakażenia. Ekwadorska służba zdrowia jest niewydolna i nie radzi sobie z kryzysem, więc oficjalne statystyki epidemiologiczne kraju są zdaniem ekspertów mocno zaniżone (i nie ma sensu ich przytaczać). Tak więc problem, który powiększa się z dnia na dzień, może urosnąć do jeszcze bardziej horrendalnych rozmiarów, jeżeli Ekwador nie otrzyma adekwatnej pomocy. 

CHINY - zakopać bez pogrzebu 

Aktualnych informacji w necie krąży niewiele. Stosunkowo najobszerniej wypowiadają się na ten temat amerykańskie media. "W dawnych, dobrych czasach", kiedy jeszcze pandemia była lokalną epidemią w Wuhan, w eter z dnia na dzień wsiąkały coraz bardziej przerażające informacje, czasem jakieś zdjęcia. Mówiło się o trupach leżących na szpitalnej podłodze (bo nie było już miejsca na ciała w kostnicach) i na ulicy - umierało tak dużo ludzi, że służby ratownicze nie nadążały z opanowywaniem sytuacji. 



W pewnym momencie chińskie władze narzuciły na ludzi wszelkich (ewentualnych) wyznań i tradycji obowiązek spopielania zwłok, uznając inne formy obchodzenia się z nimi za zagrożenie epidemiologiczne. Nierzadko bliscy zmarłego dowiadywali się o już odbytej kremacji w formie żądania zapłaty i odbioru prochów. Ciała osób, które umarły z infekcją lub jej podejrzeniem, były wiezione ze szpitali prosto do krematoriów i spalane - nikt nie zawiadamiał rodziny, nie było możliwości zobaczenia ciała. 

Pracownicy krematoriów słaniali się z przepracowania, głodu i pragnienia, bowiem przenosząc ciągle zwłoki nie mogli zdejmować odzieży ochronnej, przez co nie jedli i nie pili, gdyż konsumpcja w szacie ochronnej została surowo zabroniona. Władze podawały jakieś statystyki zakażeń i śmierci w oficjalnych komunikatach, lecz pracownicy krematoriów mieli własne statystyki. Na przykład takie, że w pewnej spalarni zwłok na 127 ciał przywiezionych w ciągu jednego dnia do skremowania, tylko 8 z nich miało stwierdzoną infekcję płuc, albo że ponad 60% ludzi zmarło w domu, nie w szpitalu i nikt nie sprawdzał, czy są zakażone wirusem. 

Obecnie Wuhan szykuje się na drugą falę epidemii. I dopiero teraz, kiedy restrykcje nieco zelżały (zapewne chwilowo), Chińczycy mogą pogrzebać szczątki swoich zmarłych bliskich, ale... bez pogrzebu. 25 stycznia władze miasta zamknęły wszystkie cmentarze i wprowadziły zakaz wychodzenia z domów, w tym zakaz urządzania pogrzebów. W domach pogrzebowych czekały na odbiór setki (a w sumie tysiące) urn z prochami. Władze obiecywały: gdy sytuacja się polepszy, zawiadomimy wszystkich o możliwości odbioru. I w końcu nadszedł ten moment, w którym przed zakładami pogrzebowymi zaroiło się od ludzi, kiedy uformowały się niewiarygodnie długie kolejki rozpaczy i gniewu. Niektórym Wuhańczykom nakazano udanie się po prochy w towarzystwie przedstawicieli lokalnego komitetu obywatelskiego współpracującego z Komunistyczną Partią Chin. I niektórzy odmawiali, nie chcąc wykonywać tej czynności, bądź co bądź intymnej, w towarzystwie obcych ludzi, sługusów zamordystycznej partii. Prochy ich bliskich stoją do dziś w magazynach. Pogrzebu na razie nie będzie. 

Zresztą tak czy siak, pogrzeby nadal są zakazane. Można tylko wyprawić tzw. cichy pogrzeb, to znaczy złożyć urnę do grobu w całkowitej ciszy, bez ceremonii. Ale żeby to było możliwe, najpierw trzeba odstać swoje w długiej kolejce na cmentarz, by załatwić sprawy formalne. Tyle udało mi się dowiedzieć. 


*** 

Różnych zwyczajów pogrzebowych i w związku z tym różnych ich zakłóceń wywołanych pandemią jest dużo więcej. Tyle, że wszystkiego nie da się opisać w jednym poście. Zresztą czy trzeba? Widać, że na całym świecie pandemia uderzyła w tworzenie wspólnot żałobnych, które ułatwiają godzenie się ze śmiercią bliskich i uwznioślają ich ostatnie ziemskie chwile. Zadrwiła sobie z potrzeby godnego pożegnania rodziców, dziadków, rodzeństwa, a czasem własnych dzieci. Odarła pogrzeby z czci i indywidualizmu, zmusiła ludzkość do podejścia masowego, a nawet do kopania masowych mogił. Zmusiła niektórych do sprzeniewierzania się nakazom religijnym, albo do rozpaczliwej walki o możliwość bycia im posłusznym. Ech, chwilami nie dowierzam, że to wszystko właśnie się dzieje...

©  Agata A. Konopińska

Źródła informacji i ilustracji: 
·http://polskaizbabranzypogrzebowej.pl/news/wytyczne-glownego-inspektora-sanitarnego-koronawirus-covid-19/ 
·https://gloswielkopolski.pl/zakaz-mycia-i-ubierania-zwlok-ministerstwo-wydalo-nowe-zasady-pochowku-zmarlych-na-koronawirusa/ar/c1-14899257 
·https://www.zyciepabianic.pl/informacje/pabianice/pogrzeby-w-czasach-koronawirusa-jak-wygladaja.html 
·https://tvn24.pl/polska/koronawirus-w-polsce-problemy-zakladow-pogrzebowych-4552875 
·https://krakow.gosc.pl/gal/spis/6226438.Pogrzeb-w-Olszanicy-podczas-stanu-epidemii 
·https://www.npr.org/sections/goatsandsoda/2020/04/07/828317535/coronavirus-is-changing-the-rituals-of-death-for-many-religions?t=1586744215301 
·https://www.medexpress.pl/usa-jak-koronawirus-lamie-rytual-zaloby/77260 
·https://tvn24.pl/swiat/koronawirus-w-usa-nowy-jork-masowe-groby-na-wyspie-hart-4551726 
·https://www.bbc.com/news/av/world-us-canada-52243289/coronavirus-new-york-mass-graves-operations-ramp-up-amid-virus 
·https://e-news.us/chicago-cops-funeral-during-coronavirus-pandemic-masks-no-mayor-officers-in-cars/ 
·https://wiadomosci.dziennik.pl/swiat/artykuly/6479348,koronawirus-epidemia-zmarli-hiszpania-pogrzeby.html 
·https://www.ft.com/content/5e30a130-d62a-4c4c-a81f-b89f2448d9c8 
·https://natemat.pl/301737,pogrzeb-w-czasach-koronawirusa-jak-wyglada-wlosi-zakazali-udzialu-rodziny 
·https://www.rmf24.pl/raporty/raport-koronawirus-z-chin/najnowsze-fakty/news-hiszpania-pogrzeb-mozna-zorganizowac-w-domu-zaklad-pogrzebow,nId,4430410
·https://www.colombotelegraph.com/index.php/groundwater-contamination-due-to-burial-of-covid-19-dead-bodies/ 
·https://www.france24.com/en/20200330-in-iraq-no-resting-place-for-coronavirus-dead 
·https://zdrowie.wprost.pl/koronawirus/10314599/kryzysowa-sytuacja-w-ekwadorze-tylko-w-jednym-miescie-z-domow-odebrano-blisko-800-cial.html 
·https://www.wprost.pl/swiat/10312214/ciala-zmarlych-leza-na-ulicach-ekwador-nie-radzi-sobie-z-koronawirusem.html 
·https://www.tvp.info/47463527/koronawirus-w-ameryce-poludniowej-ekwadorczycy-chowaja-ciala-bliskich-w-trumnach-z-kartonu 
·https://www.youtube.com/watch?v=eYYV1B1lRKY 
·https://edition.cnn.com/2020/04/11/asia/coronavirus-wuhan-burials-intl-hnk/index.html 
·https://www.nytimes.com/2020/04/03/world/asia/coronavirus-china-grief-deaths.html


sobota, 21 grudnia 2019

Świecące obłoki śmierci


Tytuł tego wpisu brzmi romantycznie i tajemniczo, i to na pewno bardziej niż tytuł fabularyzowanego dokumentu "Obłoki śmierci - Bolimów 1915". Fizykom czy astronomom może się on kojarzyć ze śmiercią gwiazdy, po której zostaje mknący w przestrzeni kosmicznej świecący obłok - mgławica. Ale tu chodzi o zupełnie inne zjawisko, całkowicie ziemskie i... może prawdziwe, a może wymyślone dla sensacji? Jakiś czas temu rzucona na forum Gazeta.pl przez fale (a raczej... bałwany - hehehe) internetu, natknęłam się na pewien tekst, od którego dotarłam do artykułu Marzeny Żychowskiej z 2015 roku. Artykuł nosi tytuł "Tradycyjne cmentarze zagrażają żyjącym" i zasługuje na osobny post. Teraz jednak skupmy się na najbardziej lotnej części tekstu, czyli obłokach śmierci. Oto cytat: 

"Dodatkowym czynnikiem (...) było pojawienie się niezwykłego zjawiska świecących obłoków w Puszczy Niepołomickiej, a dokładniej na terenie zwanym Kozie Górki. Zjawisko to przyciągnęło uwagę nie tylko przypadkowych obserwatorów, ale także dziennikarzy radiowych i prasowych. Poświęcono temu również programy telewizyjne. Świecące obiekty wzbudziły wiele kontrowersji, gdyż zmieniały kształty, a także barwy począwszy od żółtej, czerwonej po kolor fioletowo-niebieski. Dodatkowo obłoki te poruszały się na wysokości jednego metra od ziemi oraz zbliżały i oddalały od ludzi. 
     Naukowcy wyjaśnili, że jest to zjawisko spalających się gazów, wydzielanych z ciał ofiar hitlerowskich egzekucji z lat 1942-1943. Łącznie zabito tam 1700 ludzi różnej narodowości. Obecnie w miejscu masowego grobu stoją dwa pomniki upamiętniające to tragiczne wydarzenie. 
   W przypadku masowych grobów ważnym faktem jest sposób grzebania zwłok. Najczęściej zmarli w takich okolicznościach byli chowani bez trumien, niezbyt głęboko, w piaszczystym podłożu, dającym się łatwo rozkopać. Są to więc warunki sprzyjające rozkładowi zwłok i ułatwiające przenikanie związków organicznych do środowiska. W dodatku negatywne oddziaływanie na środowisko potęguje duża ilość ciał pochowanych w jednym miejscu i czasie oraz występowanie w glebie związków metali, które pochodzą z naboi użytych do rozstrzelania ludzi. Związki metali przyspieszają rozkład zwłok i powodują szybsze przenikanie pierwiastków z ciała do środowiska. Z tymi metalami również łączy się fosfor, którego w ciele ludzkim jest ok. 1 kg. Znaczne ilości fosforu w miejscu masowego grobu po przedostaniu się do gleby w sprzyjających temu warunkach i po połączeniu się z wodorem zamieniają się w gaz. Kiedy taki gaz dostanie się do przypowierzchniowej warstwy atmosfery i wejdzie w reakcję z innymi związkami chemicznymi, również pochodzącymi ze zwłok ludzkich, następuje samozapłon. Z kolei jego konsekwencją jest spalanie gazów, które jest postrzegane przez człowieka jako świecący obłok. Ponadto w powietrzu występuje duża ilość fosforu w postaci gazowych związków fosforowodorowych, w szczególności tzw. fosforiaku. Jest to trujący gaz o rybim zapachu, wyczuwalny zmysłem ludzkiego powonienia." 


Fosforiak? Pierwsze słyszę... Rozpoczęłam więc studia chemiczno-historyczne i zmądrzałam, a teraz podzielę się z Wami swoją wiedzą. Zacznijmy od związku o wzorze PH3, czyli fosforowodoru - to właśnie nasz bohater, mający na drugie imię fosforiak. Pozbawiony domieszek gaz ten nie ma zapachu i jest silnie trujący (jego pochodne bywały stosowane jako broń chemiczna). Jest też łatwopalny - aczkolwiek temperatura samozapłonu wynosi 100°C. Gdy jest zanieczyszczony innymi związkami, np. difosfiną o wzorze P2H2, nabiera zapaszku psującej się ryby lub gnijącego czosnku i zapala się w temperaturze pokojowej. Tak więc duże ilości uwolnionego do gleby wapnia i fosforu pochodzącego ze szkieletów w masowych grobach są pierwszym krokiem w kierunku powstawania tych łatwopalnych gazów i wydzielania się na powierzchnię ich mieszaniny, która ulega samozapłonowi. 

Puszcza Niepołomicka przez całą II wojnę wrzała od walk partyzanckich. W jej lasach odbyło się wiele masowych egzekucji. Niemcy mordowali żołnierzy AK i Żydów. W Kozich Górkach pod Niepołomicami w sierpniu 1942 hitlerowcy rozstrzelali 700, a w grudniu 1943 dalszy 1000 osób żydowskiego pochodzenia "wyłuskanych" z południowej Polski. Ilość zakopanych w lesie zwłok musiała doprowadzić do produkcji dużych ilości fosforiaku. 

Kozie Górki pod Niepołomicami.
Pomnik wystawiony pomordowanym przez hitlerowców Żydom. 

Zjawisko świecących obłoków (noszącą naukową nazwę fenomenu ignis fatuus) dostrzegano w Kozich Górkach wielokrotnie. Na granicy lasu pojawiały się świetliste obłoki o średnicy około 30 cm, przybierając rozmaite kształty: sfer, cygar lub nieregularne. Pływały powoli tam i z powrotem na wysokości 1-2 metrów nad ziemią. Można je było zobaczyć zawsze gdy powietrze było wilgotne, nawet podczas deszczu - głównie w wiosenne i jesienne noce. Poświata płynęła z ich wnętrza, zmieniając barwy, ale najczęściej były złocisto-różowe. Kiedy obserwator zbliżał się do nich, odpływały i znikały wśród drzew (chyba, że był bardzo ostrożny i nie wywoływał ruchów powietrza). Obłoki nie przynosiły ciepła - były jak duchy. Wyobrażam sobie, jakiego stracha mieli świadkowie tego niezwykłego zjawiska! Proponowano różne wyjaśnienia: że są to chmary świecących owadów, zarodniki grzybów albo fosforyzujące bakterie, że to płonące wyziewy z ukrytych złóż gazu ziemnego, albo nietypowe ognie świętego Elma (czyli wyładowania elektryczne). 

Tak naprawdę fenomen ignis fatuus ludzkość poznała już dawno. Pierwsze zapisy o podobnym dziwolągu pochodzą z 1750 roku - zjawisko to otrzymało wówczas nazwę Jack'O'Lantern. Pisał o nim Szekspir, Newton i wielu innych. Obserwowano je w kilku miejscach świata, między innymi w Stanach Zjednoczonych i w Niemczech, zawsze nocą, o zmierzchu lub o świcie, zawsze nad bagnami, brzegami rzek albo cmentarzami. Świadkowie podawali różny czas świecenia tajemniczych obłoków: 10, 15 lub 90 sekund albo 15 minut. Ich średnica wynosiła zwykle około 10 cm, lecz zdarzały się też większe. Czasem się kurczyły, rozdzielały lub łączyły. Naukowcy podejrzewali bio- albo chemiluminescencją, większość jednak wskazywała na samozapłon gazów jako przyczynę dziwnego zjawiska. Chemicy proponowali różne składy samopalnych mieszanin gazów, które mogły powstawać spontanicznie w naturalnym środowisku. Wykonywali próby z ich samozapłonem i tłumaczyli występowanie różnych barw. Teraz wiemy, że byli bardzo blisko sedna. 

Masowe groby pod Niepołomicami wykopano w rejonie piaszczystych wydm o nazwie Kozie Górki. Rosnący wkoło las sosnowy z domieszką brzozy zakwaszał glebę, gdyż systematycznie rozkładały się na ziemi nowe partie sosnowych igieł i brzozowych liści. Podziemne wody spływały przez groby do jednego z dopływów Wisły, wypłukując z gliniastych partii gleby mnóstwo jonów - także pochodzących z rozkładu ciał i niszczenia pocisków użytych do rozstrzelania ofiar. Wiosną i jesienią poziom wód gruntowych wzrastał, a to powodowało nagromadzenie się różnych pierwiastków pod powierzchnią ziemi. Były to pierwiastki budulcowe ludzkiego ciała (wapń, fosfor, sód, potas, chlor, azot, siarka) oraz kadm i miedź pochodzące z amunicji. Opisany zespół pojawiających się okresowo warunków zapoczątkowywał powstawanie gazów, wśród których znajdowały się: wodór, alifatyczne węglowodory nasycone i nienasycone (w tym metan), siarkowodór i dwutlenek siarki, bromowodór i jodowodór, wreszcie - tak, zgadliście! - fosforowodór czyli fosforiak, a także difosfina. A gdy w powietrzu spotkały się wodór, fosforiak i difosfina, dochodziło do samozapłonu. 

Dlaczego świecące obłoki unosiły się na stałej wysokości nad ziemią? Gdy zapadał zmierzch i powietrze wysoko nad ziemią stygło, dochodziło do tzw. inwersji, podczas której cieplejsze - bo nasycone parą wodną uwolnioną z wilgotnej ziemi powietrze układało się w niższej warstwie niż to suchsze i zimniejsze. Obłoki płonących gazów ślizgały się po tej warstwie. Czyli wszystko się zgadza. Wygląda na to, że biologia i chemia "rozkminiły" problem i dowiodły, że tajemnicze świecące obłoki nie są fikcją dziennikarską. Co prawda jeszcze nie wszystko zostało wyjaśnione "co do atomu", ale z czasem na pewno nauka odpowie na wszystkie pytania. I wybaczcie, że tak Was nafaszerowałam wiedzą chemiczną (która może być Wam obca), ale wytłumaczenie jest proste: przedkładam chemię ponad historię :) 

Jeżeli kiedykolwiek uda się Wam ujrzeć na własne oczy ignis fatuus, nie myślcie od razu, że trafiliście na masowy grób. A w każdym razie niekoniecznie na ludzki grób, bo przyczyną zjawiska mogą być równie dobrze szczątki zwierząt albo jakieś chemikalia. Albo stare, śmierdzące bagna. 

©  Agata A. Konopińska

Źródła:
- J. Białek (2016) Wojenny dramat na uroczysku wśród drzew. W: https://dziennikpolski24.pl/
- J. Żychowski (2014) Conditions favouring the occurence of Ignis Fatuum phenomenon over a mass grave in Niepołomice (S Poland). Procedia - Social and Behavioral Sciences 120, 347 - 355.
- J. Żychowski (2008) Wpływ masowych grobów z I i II wojny światowej na środowisko przyrodnicze. Wydawnictwo Naukowe Kraków AP, Kraków 2008.


piątek, 20 grudnia 2019

Cmentarz-klejnot na Morawach

Na południowych Morawach, niedaleko Kromieryża, leży cicha, niepozorna wieś o nazwie Střilky. Zasadniczo nie warto do niej zbaczać - chyba, że ktoś jest zainteresowany perełką architektury cmentarnej, posadowioną na wzgórku w pobliżu kościoła. Perełką ową jest barokowy cmentarzyk, udostępniony do zwiedzania od 2008 roku, a od 2010 roku mianowany narodowym pomnikiem kultury Republiki Czeskiej. To unikat na skalę Europy: nigdzie indziej cmentarz z tego okresu nie zachował się w tak dobrym stanie, wraz z rzeźbami - dziełami XVIII-wiecznej sztuki.



Co mnie tam zaniosło? Trochę przypadek. Ostatnim etapem naszych rodzinnych europejskich wakacji 2018 były właśnie Morawy, zaś motyw przewodni w tej części wyprawy tworzyły jaskinie, winnice i kaplice czaszek. Na informację o cmentarzu w Střilkach (czy tak się to odmienia?) natknęłam się przypadkiem, układając plan szwendania się po Morawach. Sierpniowe upały spędzały nam sen z powiek i odbierały chęć do pieszych wycieczek, ale od czego jest samochód? No oczywiście, jest między innymi od tego, żeby pojechać nim na cmentarz w nikomu nie znanych, rozpalonych słońcem Střilkach. Bo nigdy jeszcze nie mieliśmy okazji przespacerować się po barokowym cmentarzu. 

Najlepszy widok na ów cmentarz, okolony charakterystycznym dla jego epoki murem, rozpościera się z góry, czyli z lotu drona. Nie byliśmy wówczas posiadaczami takiej zabawki, więc nie zamieszczę fotki własnej roboty. Jeżeli cztery koła poniosą mnie jeszcze kiedyś na Morawy, może uda mi się zrobić podobną... 


Historia małej nekropolii w Střilkach sięga I połowy XVIII wieku. Wieś należała wówczas do dóbr Antonina Petřvalskego z Petřvaldu. To on został "sponsorem" budowy cmentarza, która trwała od 1730 do 1743 roku. Pierwotnie zamierzał tylko zatrudnić rzeźbiarzy, by wzbogacili lokalny kościół w piękne posągi. Lecz wuj Antonina, który zapisał mu swój majątek, wyraził życzenie, by ten wybudował jeszcze przy kościele kaplicę grobową. I tak od rzemyczka do koniczka, powstał cały cmentarz, którego projektantem był prawdopodobnie architekt włoskiego pochodzenia Ignac Cirani von Bolleshaus z Kromieryża. 

Pod budowę przygotowano teren na łagodnym zboczu. Aby cmentarz znajdował się wyżej niż okolica, na stoku usypano wysoki taras ziemny. Pozwoliło to na skonstruowanie systemu odwadniającego i wentylującego miejsce pochówków, a to z kolei spowodowało, iż całkowity rozkład zwłok trwał zaledwie 7 lat. Przy takim "obrocie" można było chować następne pokolenia bez rozbudowy cmentarza. Zaleta to nie byle jaka, bowiem od wieków średnich Europa borykała się z przepełnieniem cmentarzy i problemem składowania wydobytych z ziemi ludzkich szczątków, które musiały ustępować miejsca nowym zwłokom. 

Założenie cmentarne przeistoczyło się w bogato zdobiony kompleks składający się z ozdobnego muru z podwójnymi schodami, kaplicy oraz 1856 m2 zmeliorowanej powierzchni grzebalnej. Poświęcenie cmentarnego gruntu odbyło się 12 maja 1743 roku. 



Największą atencją cieszy się dziś cmentarny mur na planie czworoboku z wyokrąglonymi i jakby wciśniętymi do środka rogami, ugarnirowany licznymi rzeźbami. Kamienny, masywny i widoczny z daleka, jest typowy dla baroku. Z uwagi na położenie cmentarza na pochyłości terenu, z przodu ma on wysokość 3 metrów, zaś po bokach i z tyłu ponad 3 razy tyle. Kamieniarz i rzeźbiarz posłużyli się piaskowcem, który co prawda nie jest tworzywem trwałym, lecz pozwolił przetrwać barokowej sztuce do dziś w całkiem niezłym stanie. Niestety, rzeźby, które możemy oglądać obecnie na cmentarzu, to tylko repliki. Część oryginałów o łącznej wartości miliona dwustu tysięcy koron została zrabowana, zanim cmentarz objęto opieką. To, co pozostało, trafiło w ręce restauratorów sztuki. Rzeźby są w większości dziełem Gottfrieda (albo Bohumira) Fritscha Morawskiego (1706-1750), który miał szczęście doskonalić warsztat pod okiem znanego wiedeńskiego artysty-rzeźbiarza George Rafaela Donnera. 

I tak na górnym podeście schodów przybyłych wita replika Anioła Śmierci pogrążonego w zadumie, nieobecnego duchem, nieomal bezwiednie podtrzymującego sporą urnę na prochy. To strażnik cmentarza. Podobne figury stoją przed kaplicą - te mają "etat" strażników grobów. 


Na szczycie muru umieszczono cztery pokryte reliefami kamienne wazy o symbolicznych nazwach Piekło, Niebo, Śmierć i Czyściec. Rzeźbiarz przedstawił na nich słynne sceny biblijne. Płaskorzeźby z Piekła są odwzorowaniem fresku Michała Anioła z Kaplicy Sykstyńskiej, zatytułowanego "Sąd Ostateczny". Po jednej stronie wazy łódź Charona spokojnie przewozi dobre dusze w zaświaty. Po drugiej - źle osądzeni spadają z krzykiem w otchłań. Niebo z kolei pęka w szwach od tłustych amorków. A śmierci nie trzeba przedstawiać. 




Na murze nie mogło też zabraknąć symboli cnót nadprzyrodzonych - Wiary, Nadziei i Miłości, ale nie chcę tu opisywać w detalach wszystkich rzeźb sztuka po sztuce (a jest ich w sumie około 30). Zdradzę tylko, że seria siedmiu grzechów głównych dostarczyła nam wiele radości. Wędrowaliśmy wzdłuż cmentarnego muru i nadawaliśmy personifikacjom owych grzechów własne tytuły, zaśmiewając się przy tym do rozpuku. Tu proszę: wybaczcie nam, wszyscy zgorszeni, bo nie był to wyraz lekceważenia śmierci ani spokoju pochowanych na cmentarzu ludzi, tylko raczej brak zrozumienia dla barokowych kanonów piękna, upstrzonych w dodatku porostami niczym liszajem. 




Pod kaplicą (która w sierpniu 2018 była w remoncie, więc nie udało nam się do niej zajrzeć) znajduje się przestronna krypta grobowa. Spoczywają tu w zakurzonych trumnach szczątki nielicznych przedstawicieli rodu Künburgów - właścicieli miejscowego zamku. Krypta, jak na krypty przystało, jest pomieszczeniem podziemnym, jednak dociera tu przez niewielkie okienka dzienne światło. To dlatego, że kaplica stoi na dziesięciometrowym nasypie. 


Na zakończenie jeszcze parę zdań o grobach ziemnych na cmentarzu w Střilkach. Pomyli się ten, kto będzie oczekiwał zabytkowych nagrobków i wyrytych na kamiennych płytach dat sprzed dwóch czy trzech stuleci. Wszystkie groby są dziećmi współczesności. Daty urodzin nieboszczyków mogą zahaczać o XIX wiek, ale daty zgonów to wiek XX i XXI. Zmarłych grzebie się tu niemal nieprzerwanie od XVIII wieku. Ciała szybko obracają się w proch dzięki mikroklimatowi, wytworzonemu przez system odwadniająco-napowietrzający. Pytanie tylko, gdzie podziewają się nagrobki poprzedników. 



Kilka lat temu oceniono, że pełna restauracja cmentarza wraz z kaplicą i jej wyposażeniem kosztowałaby około 10 milionów koron. Kolejne miliony pochłonęłoby odtworzenie ukradzionych posągów, które - jak ubolewa kustoszka cmentarza, pani Maria Skřítková - przepadły chyba na zawsze za granicą. Tymczasem skarb państwa skąpi funduszy. Niedawna wizyta ministra kultury w Střilkach przebiegała nader miło i interesująco, lecz nie przyniosła większych zmian (może poza tym, że ministerstwo dołożyło się trochę do remontu kaplicy). Na razie prace renowacyjne toczą się w tempie ślimaka. Priorytet mają sprawy techniczne, na przykład wymiana dachu kaplicy. Sztuka musi czekać. Gmina stara się, robi co może i płaci za co może. Pozyskiwanie pieniędzy z ruchu turystycznego niewiele daje. Barokową perełkę w Střilkach ogląda 2-3 tysiące ludzi rocznie, co przy symbolicznej cenie biletu nie daje nadziei. Ech - sic transit gloria mundi... 


"Perłowy" cmentarz w Střilkach można zwiedzać codziennie od kwietnia do października w godzinach 9:00-18:00. Jeśli ktoś chce wysłuchać opowieści przewodnika, musi kupić bilecik za parę koron. Wycieczki muszą zapłacić po 15 koron od osoby i 150 koron za wykład - o ile ceny te są jeszcze aktualne. Można zażyczyć sobie oprowadzania w języku angielskim, francuskim lub niemieckim. W małym kiosku można kupić pocztówki i ulotki.
©  Agata A. Konopińska

ŹRÓDŁA
- Blog Anny Ładuniuk (2018) post „Tanatoturystyka: Střílky, czyli barok na wiejskim cmentarzu”.
- Artykuł "Barokní hřbitov ve Střílkách": https://www.obecstrilky.cz/barokni-hrbitov-ve-strilkach
- Artykuł " Ukradené sochy jsou stále záhadou" (2014)
https://kromerizsky.denik.cz/zpravy_region/ukradene-sochy-jsou-stale-zahadou-20140924.html


niedziela, 1 września 2019

Boże, popraw pogodę! Ofiary z dzieci w prekolumbijskiej kulturze Chimu


Na północ od stolicy Peru, Limy, znajduje się urocze nadmorskie miasteczko Huanchaco, odkryte już dawno przez turystów z całego świata. Znajduje się tam jeden z dziewięciu Światowych Rezerwatów Surfingu, chroniących... fale, a tak naprawdę miejsca idealne do uprawiania windsurfingu, znane już w minionych epokach i stanowiące cząstkę nie tylko przyrody, ale także krajobrazu kulturowego. Powodów, by wakacje spędzić właśnie tam, nie brakuje. Stąd pochodzi znana na świecie potrawa z owoców morza - ceviche. W pobliżu miasteczka rozciągają się nadmorskie bagna i pasmo wydm doskonałych do uprawiania... narciarstwa piaskowego. Turyści mogą także odwiedzić pustynne, prekolumbijskie miasto Chan Chan, założone około 900 roku przez cywilizację Chimu i znajdujące się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jest to największe miasto wszech Ameryk wybudowane w szlachetnie starym stylu adobe i drugie takie na świecie. Było stolicą państwa Chimu.

Chimu żyli na pustynnych terenach nad oceanem, wykorzystując rzeki niosące z Andów wodę i żyzne osady aluwialne, pozwalające na rozwój rolnictwa. Bliskość morza dała im szansę na uczynienie rybołówstwa jedną z podstaw ekonomii. Natura obdarzyła ich żyłką artystyczną, wyrabiali więc rozmaite przedmioty z metali szlachetnych i półszlachetnych oraz z muszli małży morskich zwanych "kolczastymi ostrygami". Uprawiali też garncarstwo. Okres szczytowego rozkwitu ich cywilizacji przypadał na lata 1200-1400.

Co do duchowości, ludzie Chimu byli wyznawcami kultu nie Słońca (jak Inkowie), a Księżyca. Księżyc był najpotężniejszym bogiem. Dwie gwiazdy w gwiazdozbiorze Pas Oriona uważali za emisariuszy Księżyca i oddawali im cześć. Modlili się też do Marsa, Ziemi, Słońca i - dość oryginalnie - do Morza. Konstelacja o nazwie Plejady miała według nich w swej pieczy ich plony. Aby Morze strzegło ich przed suszą i dawało ryby, składali mu ofiary z kukurydzianej mąki i ochry, czerwonej glinki. I nie tylko...

W 1997 roku na peruwiańskiej plaży w Punta Lobos podczas monitorowania terenu, na którym planowane było założenie kopalni, dokonano szokującego znaleziska archeologicznego. Było to około 200 szkieletów ludzi z opaskami na oczach, o związanych nogach i rękach, a także - co jasno dało sie odczytać ze szczątków - z poderżniętymi gardłami. Zginęli mniej więcej w 1350 roku i byli ofiarami jakiejś tajemniczej masakry. Nikt ich nie pogrzebał, ciała zostały porzucone w przypadkowych miejscach i pozach, a z czasem przykrył je piasek. Do dziś przetrwały nie tylko kości, ale jeszcze fragmenty tkanek miękkich w różnych stadiach rozkładu, tak więc niektóre szkielety były pokryte mięśniami, miały włosy i paznokcie. Co się tam stało? Naukowcy opracowali wersję wydarzeń związaną z podbojami i religią Chimu. W połowie XIV wieku Chimu, budując potęgę swego państwa (które ostatecznie zajęło 1000 km wybrzeża pomiędzy dzisiejszym Ekwadorem a Limą), dotarli na południe. Szczególnie cenną zdobyczą były dla nich tereny w dolinach rzek wpadających do oceanu, bowiem można było na nich żyć z rolnictwa i rybołówstwa. W miejscu, gdzie dzisiaj znajduje się peruwiańskie Punta Lobos, kiedyś istniała osada rybacka, zapewne nienajgorzej prosperująca. Chimu wzięli ją siłą, a uznawszy, że sukces odnieśli z pomocą Boga Morza, złożyli mu krwawą ofiarę dziękczynną z dwóch setek mężczyzn i chłopców żyjących w owej wiosce, prawdopodobnie rybaków. Wydaje się, że rytuał nakazywał przeciąć każdej ofierze gardło, przez nacięcie wbić nóż w okolicę obojczyka, wypruć serce i wypuścić krew.


Okoł0 20 lat później w Huanchaco, o którym pisałam na początku tego postu, w dzielnicy Huanchaquito znaleziono kolejne szkielety, tym razem ludzkie i zwierzęce. Właściciel sklepiku z pizzą zauważył na sąsiedniej, pustej działce wystające z ziemi ludzkie kości i sądząc, że to jakiś stary cmentarz wezwał archeologów. (Przepraszam za wtręt, ale tak napisano w National Geographic - ja bym raczej wezwała policję.) Znalezisko okazało się cenne, więc rozpoczęto szeroko zakrojony projekt poszukiwania dalszych szczątków na tym obszarze. Po kilku latach prac naliczono 140 szkieletów dzieci Chimu w wieku 6-15 lat oraz 200 szkieletów lam i alpak. Niektóre z dzieci pochowano z głowami pomalowanymi na czerwono glinką cynobrową albo owiniętymi dużą ilością bawełnianej tkaniny. Szkielety, zarówno ludzkie, jak i zwierzęce, miały nacięcia na mostkach i połamane żebra, co wskazywało na otwieranie klatki piersiowej i sugerowało rytuał ofiarny z wyrywaniem serca. W każdym razie na pewno nie był to zwyczajny, tradycyjny pochówek praktykowany przez Chimu. W Huanchaquito ciała układano w ziemnych dołkach na boku, z podkurczonymi nogami (normalnie powinny leżeć na plecach ze zgiętymi kolanami). Poza tym nie umieszczano przy nich glinianych naczyń, ani żadnych ozdób - co najwyżej martwe lamy. Badania genetyczne i antropologiczne ujawniły, że szkielety należały zarówno do chłopców, jak i dziewczynek, i że pochodziły z terenu całego imperium Chimu. Natomiast badania izotopowe wykazały, że te "ofiarne dożynki" miały miejsce około 1400-1450 roku. Zostały uznane za największą masakrę dzieci w historii świata, detronizując zamordowanie w XV wieku przez Azteków 42 dzieci w świątyni na terenie dzisiejszego Mexico City. Z kolei szczegółowe badania gleby wokół grobów w Huanchaquito ujawniły, że ciała chowano w okresie długotrwałego, ulewnego deszczu. Archeolodzy podejrzewają, że dzieci były ofiarami przebłagalnymi złożonymi Bogowi Morza, który gniewał się na Chimu, rażąc ich ziemie cyklonem El Nino, zalewającym i niszczącym w owym czasie peruwiańskie wybrzeże. Dowody na to na razie nie istnieją, lecz przypuszczenie ma sens. Klęska żywiołowa taka jak El Nino mogła mocno uderzyć w gospodarkę państwa Chimu, więc trzeba się było ratować.


Jednakże na tym się wykopaliska w Huanchaco nie skończyły. W 2019 roku (kilka dni temu - popatrzcie na datę postu) światem wstrząsnęła kolejna wieść związana z prekolumbijską cywilizacją Chimu. W dzielnicy Pampa la Cruz, również należącej do Huanchaco, odkopano najpierw 56, a w ciągu następnych miesięcy dużo więcej (w sumie 227) szkieletów zamordowanych dzieci. Każdy szkielet był zwrócony twarzą w stronę oceanu i tak jak w poprzednich przypadkach, niektóre z nich wciąż okrywała skóra, a na czaszkach widniały kosmyki włosów. Mostki i żebra były w znajomy sposób poprzecinane. Archeolodzy przypuszczają, że przynajmniej w części są to również ofiary przebłagalne związane z fenomenem El Nino. Na szczycie wzgórza na tym samym stanowisku znaleziono 9 szkieletów nieco innych niż pozostałe. W tym przypadku ciała dzieci składano do grobów ubrane w sukienki, z głowami pomalowanymi na czerwono glinką cynobrową, owiniętymi tkaniną i udekorowanymi kolorowymi piórkami papug i drewnianymi ornamentami. Uszkodzenia klatki piersiowej zastąpiły poważne uszkodzenia czaszki - a więc dzieci te zginęły przez roztrzaskanie głowy. Albo są to ślady jakiejś innej ceremonii, albo też grupka ofiar specjalnych. 


Masowe mordy - chociaż brzmi to smutno - zdarzają się od początku historii świata. Mają je na swoim koncie różne organizacje wyznaniowe, przywódcy polityczni i armie wielu państw, niekoniecznie akurat prowadzących wojny. Takie rzeczy dzieją się nawet we współczesnym świecie - weźmy chociażby Rzeź Ormian, Holokaust, czy "bombowe występy" Państwa Islamskiego. Rytuały religijne polegające na składaniu ofiar z ludzi również występowały w dziejach ludzkości. Połączenie jednego z drugim to istny horror, a mordowanie dzieci w ogóle nie mieści się w głowie współczesnego, cywilizowanego człowieka. Dlaczego Chimu to robili? 

O kulturze Chimu wiadomo niewiele, jako że nie zachowały się właściwie żadne zapisy, ani rysunki. Ich poprzednicy, Moche (zwani też "wczesnymi Chimu") składali swym bogom krwawe ofiary z jeńców wojennych, co wiadomo z zachowanych do dzisiaj fresków. Następcami Chimu byli z kolei Inkowie. W hiszpańskich źródłach z okresu konkwisty można natrafić na informacje o ofiarnych zabójstwach dzieci, praktykowanych przez Inków gdy król objął tron albo skonał, bądź po wzniesieniu jakiejś specjalnej budowli (np. świątyni). Co do samych Chimu - dotychczas nie było jasne, czy składali ofiary z ludzi. Dopiero odkrycia archeologiczne z Punta Lobos i Huanchaco dowiodły, że to robili, i to na dużą skalę. Powodów musimy się natomiast domyślać.

Badacze sądzą, że dzieci były największymi ofiarami, jakie Chimu mogli ponieść (lamy i alpaki też były bardzo cennymi, dużymi zwierzętami, dlatego stawały się ofiarami dla bogów). Co więcej, na ofiary wybierano dzieci zdrowe - tak zawyrokowano po dokładnym zbadaniu ich szczątków. Ceremonie składania ofiar z dzieci dotyczyły więc ważnych spraw i musiały przebiegać gładko. Aby dzieci się nie wyrywały, przed zamordowaniem prawdopodobnie podawano im fajkę dla odurzenia dymem, ewentualnie pojono napojem alkoholowym z kukurydzy. Zachowane w mule odciski stóp wskazują, że do miejsca ofiarnego szła procesja - czyli mordy miały charakter uroczysty. Ponieważ obok śladów stóp dorosłych dostrzeżono ślady stóp dzieci i zwierząt, uważa się, że dzieci umieszczano w grobach żywe. Brak robactwa w szczątkach to potwierdza. Po zabiciu dziecko owijano szczelnie tkaniną-całunem i układano w grobie - resztki tych całunów przetrwały 500 lat w całkiem dobrym stanie. Niedopełnianie zwykłego obrzędu pogrzebowego, który zawierał wkładanie do grobu ozdób i przedmiotów związanych z samym pogrzebem albo "przydatnych w nowym życiu" zmarłego, mógł powiększać znaczenie ofiary i dawać większą nadzieję na łaskę bogów.

Zdaniem ekspertów na peruwiańskim wybrzeżu odkryć takich jak w Huanchaco może być znacznie więcej. A ja sobie myślę, że te masowe, rytualne mordy dzieci przyczyniły się do upadku cywilizacji Chimu. Historycy mówią, że wykończyli ich Inkowie. W roku 1470 państwo Chimu już nie istniało. Mordy dzieci z Huanchaco datowane są na pierwszą połowę XV wieku - zatem wszystko się zgadza. Społeczeństwo Chimu się zestarzało, nie miał kto pracować, rozmnażać się, ani wojować, więc kiedy przyszli Inkowie z Cusco, Chimu nie podołali obronie i tak nadszedł ich koniec.

Zawsze powtarzam, że z religią nie należy przesadzać :)



© Agata A. Konopińska



PS. Dużo zdjęć (po trosze strasznych i ciekawych) znajdziecie w artykule z National Geographic czyli TUTAJ.

ŹRÓDŁA:
- Gabriel Prieto i inni (2019) A mass sacrifice of children and camelids at the Huanchaquito-Las Llamas site, Moche Valley, Peru. PLoS One 14(3): e0211691. https://www.ncbi.nlm.nih.gov/
- Kristin Romey (2019) "What made this ancient society sacrifice its own children?":
https://www.nationalgeographic.com/
- Abbie Cheeseman (2019) "Archaeologists discover site of largest ever child sacrifice in Peru." https://www.telegraph.co.uk/news/



piątek, 22 marca 2019

Lenin wiecznie żywy i rosyjska mafia

Rozpisywać się nie będę, bo nie chcę powielać tego, co powiedzieli na temat tak zwanej (nieprawidłowo) mumifikacji Lenina inni i co jest dostępne w Internecie. Znakomity artykuł Andrzeja Fedorowicza o zabalsamowaniu zwłok Lenina i współczesnym naśladownictwie owego aktu znajdziecie TUTAJ. Ciekawy artykuł na ten sam temat, napisany może zbyt pretensjonalnym, ale żartobliwym językiem, znajdziecie TUTAJ. Ode mnie macie jedynie zarys tej historii.


Towarzysz Lenin, żywoczerwona i pięcioramienna gwiazda radzieckiego reżimu, zszedł z tego świata w wieku 53 lat wskutek rozległego udaru niedokrwiennego. Stało się to w 1924 roku. Towarzysz Stalin natychmiast zarządził danie zwłokom „życia wiecznego” i wystawienie ich na widok publiczny jako relikwii dla komunistycznego narodu. Na drugi dzień po śmierci w nieczynny krwiobieg zmarłego wstrzyknięto 6 litrów mieszanki chemikaliów, które miały zakonserwować ciało. Niestety, mieszanka znalazła sobie ujście i podczas oficjalnego pożegnania bohatera (które odbyło się niecały tydzień później) zaczęła wyciekać. Wszczęto poszukiwanie speców, którzy zrealizowaliby pomysł Stalina z należytą starannością – a że króla nie może tknąć byle kto, trwało to długo, aż zwłoki naznaczył wyraźnie ząb czasu. W trakcie poszukiwań, w odpowiedzi na pomysł zamrożenia drogocennego ciała towarzysza L., przeprowadzono też serię badań nad zamrażaniem zwłok. Do tego celu użyto... innych zwłok (sic!). Wyniki były marne i tę metodę konserwacji skreślono. O tym jednak dostępne dla zwykłego śmiertelnika media się nie rozpisują, więc do szczegółowych informacji dotrzeć nie mogłam. 

W dwa miesiące po śmierci ze zzieleniałego i tracącego kształty ciała towarzysza Lenina wydłubano rozpływające się gałki oczne, wyskrobano gnijące narządy, a krew, limfę i wszelkie inne płyny ustrojowe spuszczono i zastąpiono roztworem gliceryny z octanem potasu. Tak przygotowane zwłoki zakonserwowano formaliną, jednak bez ich ponacinania płyn nie mógł wniknąć w głąb tkanek i konserwacja była tylko powierzchowna. Użyto więc kąpieli w alkoholu, a następnie w środkach dezynfekujących, uszczelniając na koniec gumą miejsca, przez które roztwory konserwujące mogłyby wyciec. W czasie, gdy martwy Lenin "dojrzewał do bycia mumią", zaczęto budować na Placu Czerwonym w Moskwie mauzoleum. 

W końcu nieboszczyka ułożono na brzuchatej poduszce w sarkofagu za pancerną szybą, by mogły go podziwiać miliony "wyznawców". W mauzoleum utrzymywano niską temperaturę i przyciemnione oświetlenie, żeby nie było zbyt dobrze widać rozkładu ciała, do którego zdążyło dojść wskutek zbyt długiego poszukiwania odpowiedniej techniki balsamowania, i który zachodzi powoli nadal... No właśnie! Natury nie da się tak łatwo oszukać. Zabalsamowane ciało Lenina pleśnieje, pojawiają się na nim ciemne plamy oraz fałdki zniekształcające rysy twarzy. Dlatego dwa razy w tygodniu Leninowi "poprawia się makijaż", zaś co półtora roku przenosi się go z sarkofagu do kąpieli w chemikaliach. Plamy na skórze wybiela się octem i perhydrolem. Pleśnie zabijane są wybielaczem, a bakterie gnilne karbolem lub chininą. W czasie, gdy Lenin "bierze kąpiel", jego cuchnąca rozkładem i chemikaliami bielizna podlega utylizacji (dostanie nową), a ubranie wierzchnie jest przywracane do stanu reprezentacyjnego poprzez pranie i prasowanie. Nad dobrostanem i wyglądem zewnętrznym zwłok czuwają zastępy biochemików, mikrobiologów i lekarzy. Zdaniem specjalistów dzięki ich zabiegom zmumifikowany wódz rewolucji powinien przetrwać ponad 100 lat... 


W Związku Radzieckim wizytę w mauzoleum traktowano jak wielki honor. Każdy gość, odstawszy swoje w długiej kolejce, miał na obcowanie z obliczem komunistycznego "świętego" mniej niż minutę, tak więc owe sekundy stały się bezcenne. Nie wolno było nie tylko fotografować, ale nawet się odezwać (dobrze, że nie kazano wstrzymać oddechu). Słynny radziecki/rosyjski reżyser filmowy Nikita Michałkow powiedział: "To nie jest normalne - ani z historycznego punktu widzenia, ani tym bardziej chrześcijańskiego i prawosławnego - żeby człowieka, który dobrze pracuje w kopalni w Workucie, nagradzano przejechaniem sześciu tysięcy kilometrów i obejrzeniem zwłok". Normalne nie były także pielgrzymki nowożeńców do sarkofagu - dodam, że dobrowolne i mające uświetnić dzień zaślubin. 

Z czasem ciało radzieckiego ludobójcy stało się atrakcją turystyczną. W dzisiejszej Rosji obywatelski obowiązek odbycia pielgrzymki do Mauzoleum Lenina jest już zniesiony, ale że zwłoki plus mauzoleum wraz z całym Placem Czerwonym trafiły w 1991 roku na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, a na sprzedaży biletów można sporo zarobić, Lenina poddaje się regularnym konserwacjom i zachęca rzesze ciekawskich do odwiedzin. Kolejki do kasy biletowej są długie i kręte, mówią zaś głównie po chińsku :) Według tygodnika "Wprost" towarzysza Lenina odwiedziło dotychczas co najmniej 50 milionów ludzi. Mnie tam jeszcze wichry nie zaniosły - ale wierzę, że zaniosą, o ile Rosja nie przystąpi do kolejnej wojny światowej... 

A co do rosyjskiej mafii, wspomnianej w tytule postu, to jej udział w utrzymywaniu zwłok Lenina w jako-takim stanie jest aktualnie bezcenny. Dlaczego? Dopóki istniał Związek Radziecki, konserwowanie "relikwii" finansowało z radością i dumą komunistyczne imperium. Po jego upadku obowiązek ten spoczął na Rosji, lecz panujący w niej pieriestrojkowy kryzys nie wróżył zwłokom Lenina długiego przetrwania. Wówczas powstała mafijna spółka, robiąca kokosy na balsamowaniu i upiększaniu zwłok zamordowanych gangsterów - ich rodziny płaciły bajońskie sumy za te same procedury, które stosowano w przypadku Lenina. Dziś konserwacją zwłok wodza rewolucji zajmują się (zarówno od strony technicznej, jak i finansowej) pracownicy tej właśnie, doskonale prosperującej spółki. 

Z różnych stron pojawiają się coraz mocniejsze głosy, że truchło należy zakopać, nie zaś wystawiać na widok publiczny, jednak Putin jest ostrożny i nie chce podjąć decyzji o wyprawieniu Leninowi pogrzebu, pomimo iż część pomników martwego wodza już dawno padła z hukiem, a w głosowaniu na stronie goodbyelenin.ru 70% z 250 000 głosujących opowiedziało się za pochowaniem trupa. Bo w Rosji XXI wieku wciąż jeszcze można usłyszeć pogróżkę: "Jak ruszycie Lenina, to zakopiemy was żywcem!" 

Tak samo jak zwłoki Lenina, zabalsamowano zwłoki kilkunastu innych komunistów, między innymi Józefa Stalina (którego nie trzeba przedstawiać), Ho Szi Mina (prezydenta Wietnamu Północnego), Kim Ir Sena (przywódcy Korei Północnej), Mao Zedonga (chińskiego przywódcy i największego zbrodniarza świata) oraz Klemensa Gottwalda (prezydenta Czechosłowacji). Zabalsamowane ciała Ho Szi Mina, Kim Ir Sena i Mao Zedonga są wystawione na widok publiczny w mauzoleach tak jak zwłoki Lenina i nie zanosi się na to, by zostały pochowane. 

Na dobranoc parę fotek: 

1. Mauzoleum Lenina na Placu Czerwonym. Tu spoczywa zzieleniały i wypatroszony bohater! 

2. Lenin w sarkofagu. Śpiące niebożątko... 

3. Głowa Lenina z bliska. Dobry makijaż, ale nie wszystko da się ukryć. 

4. Lenin w kąpieli. Chodź, bobasku, wanienka czeka! 

5. Lenin podczas ubierania w wyprane ciuchy :) 

Jak na 90-letniego trupa trzyma się dobrze, co? 

© Agata A. Konopińska 

ŻRÓDŁA:
- Artykuł „Dość gapienia się na trupa Lenina”. Czyli po co Rosjanom zwłoki wodza rewolucji pod Kremlem" (2017) https://www.newsweek.pl/swiat/spoleczenstwo/lenin-czy-cialo-wodza-rewolucji-nalezy-pochowac/spwyg4d
- Artykuł Andrzeja Fedorowicza "Lenin wiecznie żywy. Konserwacja zwłok hitem wśród gangsterów" (2014) https://www.wprost.pl/445754/lenin-wiecznie-zywy-konserwacja-zwlok-hitem-wsrod-gangsterow.html
- Artykuł Z DOBRYMI ZDJĘCIAMI "Lenin wiecznie żywy" (2015) Blog "na:Temat" Piotra Andrewsa: https://natemat.pl/blogi/piotrandrews/133861,lenin-wiecznie-zywy





środa, 27 lutego 2019

"Niebiańskie" pogrzeby w Tybecie

Pogrzeb powietrzny, zwany niebiańskim, to jedna z najbardziej szokujących praktyk pogrzebowych na świecie. Nie jedyna - ale robiąca wyjątkowe wrażenie. Z pogrzebem, czyli chowaniem ciała (bądź jego szczątków) pod powierzchnią ziemi, ma ona niewiele wspólnego. Polega bowiem na wystawieniu zwłok na żer dla ptaków padlinożernych. Taki obyczaj spotykany jest w Azji wśród wyznawców buddyzmu oraz zaratustrianizmu, głównie w Tybecie i Mongolii. Poza tym jest kultywowany w chińskiej prowincji Quinghai oraz w Indiach (Ladakh i Arunachal Pradesh). Powody pozostawiania niepogrzebanych i nieskremowanych zwłok naturze mają, poza całą obudową filozoficzno-religijną, aspekt praktyczny: ziemia jest w tych stronach zbyt twarda, by kopać groby, zaś niedostatek drewna, wysuszonych kozich bobków i paliwa na podpałkę nie pozwala na spopielenie ciała.



W tym poście napiszę tylko o tym, co dzieje się w tej kwestii w Tybetańskim Regionie Autonomicznym, czyli małym górskim państwie wchłoniętym i stłamszonym przez wielkie państwo chińskie. Tybetańczycy są buddystami związanymi z narodzonym w Indiach odłamem buddyzmu wadżrajama, który uznaje wędrówkę duszy i reinkarnację. Od tysiąca lat nie kremują więc - jak inni buddyści - swoich zmarłych, tylko starają się zapewnić im jak najszybsze przejście w tzw. stan bardo, z którego droga poprowadzi prosto do odrodzenia się w innym ciele. A przejście to, jak mówią, wymaga współpracy ptaków. Ptaki pomagają duszy wyląc się z martwego ciała - proces ten nosi nazwę ekskarnacji.

Jak my, ludzie z kręgu kultury chrześcijańskiej, powinniśmy rozumieć wspomniany stan bardo? Samo słowo "bardo" oznacza "stan". Stan ów ma kilka wymiarów: istnieje bardo całego życia, bardo marzeń sennych, bardo osiągane przez medytację, wreszcie bardo umierania i bardo pośmiertne. W buddyzmie śmierć to nie koniec istnienia. A w Tybecie, gdy ktoś umrze, buddyjski kapłan przez kilka dni odprawia przy zwłokach rytuały mające na celu uwolnienie ciała subtelnego (odpowiednika naszej duszy) z ciała fizycznego. Nie może się obyć bez odczytania przy zwłokach Tybetańskiej Księgi Umarłych, które opisuje proces umierania i wszystkie towarzyszące mu stany (bardo). Najpierw pojawia się bardo umierania - bolesne i złożone z wielu zjawisk ułożonych w określonym porządku. Pierwsze jest zjawisko mirażu, polegające na utracie kontroli nad ciałem i uczuciu zapadania się oraz płynięcia. Ostatni zaś - pakiet zjawisk określanych górnolotnie jako biel-od-księżyca, czerwoność-od-słońca, czerń-nicość i przejrzyste-jesienne-niebo. Umierający otrzymuje "w pakiecie" utratę zmysłów i uczuć, zanik zdolności rozpoznawania ludzi i rzeczy, zaburzenie rytmu wdech-wydech, utratę poczucia istnienia, aż wreszcie jego ponowne odczucie, będące początkiem kolejnego etapu drogi - bardo pośmiertnego, prowadzącego do odrodzenia w nowym ciele. Preludium do bardo pośmiertnego to tzw. bardo świetliste Dharmaty, kiedy to brakowi świadomości towarzyszy doświadczenie wielkiej świetlistości... Nie pojmuję tego wszystkiego i podejrzewam, że nikt z naszego kręgu kulturowego tego nie zrozumie. Skupmy się więc na tym, co dzieje się z ciałem zmarłego. 

Ponieważ według Tybetańczyków kapłan z Księgą Umarłych tylko zapoczątkowuje wędrówkę duszy (czyli ciała subtelnego), zaś ostatecznie ciało subtelne zmarłego przenoszą do odpowiedniego stanu bardo ptaki, należy oddać im pole działania. Aby ułatwić im zadanie, ciało trzeba odpowiednio przygotować... i tu zaczyna się najgorsze. Ale po kolei. 

Jak to wygląda w praktyce? 
W nocy zmarłego transportuje się do Świętej Doliny Drigung w centralnym Tybecie, gdzie odbywa się cały proceder. Na górskich zboczach stoją tam trzy klasztory (w tym najświętszy monaster Drigung Thil). Ceremonia rozpoczyna się o świcie. Zmarłego "sadza się" w wyznaczonym miejscu, a klasztorni mnisi odmawiają nad ciałem mantry i palą kadzidła z gałązek jałowca. Potem ciało trzeba ponacinać (a miejscami obedrzeć ze skóry), żeby ptaki mogły się łatwo dostać do mięsa. Czasem zajmują się tym sami mnisi, jednak zwykle angażowani są specjalni rębacze ciał (rogyapas - grabarze). To szokujące, lecz podczas "obróbki" ciała uśmiech nie schodzi im z twarzy, opowiadają żarciki, jak gdyby rąbali drewno albo ćwiartowali jaka. Zdaniem Tybetańczyków to ułatwia duszy zmarłego wyjście z ciała, gdyż poza nim panuje miła, bezpieczna atmosfera... 


Przygotowane zwłoki wykłada się na trawę lub skały wysoko w górach. Najbliżsi zmarłego mogą być świadkami ekskarnacji, zwykle jednak zasiadają w miejscu, z którego nie widać szczegółów. 

Jako biolog muszę do tego opisu dodać jeszcze parę słów o gatunkach ptaków uczestniczących w powietrznych pogrzebach. Główny zjadacz ludzkich zwłok to euroazjatycki sęp płowy, mający upodobanie do dużych, świeżo padłych ssaków. W przeciwieństwie do innych padlinożerców (np. orłosępa brodatego) nie zjada on kości, raczy się wyłącznie mięsem i wnętrznościami, wyciąganymi ze zwłok za pomocą długiego, silnego dzioba. Podczas posiłku sępy płowe obowiązuje hierarchia. Wymusza ona łapczywość, przez którą ptaki stają się zbyt objedzone, by wzbić się do lotu. Wówczas muszą zwrócić część pokarmu, co dokłada do ceremonii pogrzebowej dodatkowy "smaczek". Jeżeli natomiast z sępami płowymi ucztują orłosępy, kawałki ciała są przez nie unoszone w powietrze i ciskane na skały, by pogruchotać kości, bowiem wtedy da się je łatwo zjeść. Wspaniała wizja, prawda? 

W rejonach, gdzie "niebiańskie" pogrzeby odbywają się codziennie, sępy nie są głodne, więc powstaje problem. Pomijając względy sanitarne, pozostawienie choćby małego fragmentu ciała przez ptaki to zły znak, dlatego Tybetańczycy dokładają wszelkich starań, by nakłonić skrzydlatych grabarzy do jedzenia. Wykonują więc rytualne tańce i palą gałązki cyprysu, by zapach dymu przyciągał z daleka nowe zastępy padlinożerców. Z kolei tam, gdzie nie odbywa się zbyt wiele pogrzebów, sępy są wygłodniałe i rzucają się na zwłoki przed sygnałem startu, tak że trzeba odganiać je kijami. 

Gdy mięso jest już wyjedzone (a trwa to zaledwie kilkadziesiąt minut!), pora na zajęcie się kośćmi. Robią to oczywiście rogyapas. Tradycja każe rozbić szkielet zmarłego drewnianym młotkiem i zmieszać z karmą dla mniejszych ptaków, które cierpliwie oczekiwały na swoją kolej, gdy jadły sępy. W skład karmy, zwanej tsampa, wchodzi mąka jęczmienna, herbata oraz mleko lub masło z jaka. Ptaki (głównie wrony i jastrzębie) zjadają kawałki kości wraz z ową biało-różową masą, więc z człowieka nie zostaje prawie nic. 



Świadkowie twierdzą, że możliwy jest też nieco odmienny scenariusz: od ciała odrąbuje się kończyny i głowę, tułów ćwiartuje, a mięso rozciera na pulpę za pomocą kamieni. Używane są do tego celu narzędzia rzeźnicze, a zajmuje się tym specjalny zespół rogyapas. Każdy członek zespołu otrzymuje jedną część ciała i pracowicie ją rozdrabnia, a następnie miesza ze wspomnianą karmą dla ptaków. W tej wersji sępy nie ucztują pierwsze i nie szarpią ciała na sztuki. Czasem z korpusu zmarłego wycina się narządy wewnętrzne i obrabia osobno - one także będą zjedzone przez ptaki. Bywa też, że obcina się włosy, by nie przeszkadzały ptakom w objadaniu głowy. Włosy są po prostu wyrzucane byle gdzie, za siebie - wiatr roznosi je po całych górach. 

Jeżeli kości nie rozdrabnia się i nie miesza z tsampa, zmarły przemienia się w objedzony z mięsa szkielet. 


Nie wolno go pozostawić - kości trzeba pozbierać i spalić. Dawniej czaszki i główki kości udowych wykorzystywano do wyrobu amuletów lub zdobienia przedmiotów rytualnych. Z masywnych kości udowych rzeźbiono trąbki lub rogi zwane kangling, przydatne podczas różnych ceremonii, m.in. pogrzebowych. Do tego celu szczególnie nadawały się kości udowe przestępców i ofiar morderstw. Wówczas dźwięki trąbek były karmą dla demonów, które - najedzone i usatysfakcjonowane - przestawały nawiedzać żywych. Z czaszek robiono czasem rytualne czapki. Czy ten obyczaj upadł? Wygląda na to, że nie. Oto znalezione w necie zdjęcie trąbki z kości ludzkiej, wykonanej w Tybecie pod koniec (!) XX wieku. 


I w ten oto "wzniosły" sposób zmarła osoba łączy się z niebem... Tu uwolnijmy się na chwilę od myślenia europejskiego. Oddanie zwłok padlinożercom jest uważane przez praktykujących je Tybetańczyków za dobroczynny akt wobec innych istot żywych, które zostaną nakarmione (ptaki padlinożerne) albo uratowane przed śmiercią (wszystkie zwierzęta, których nie zabiją najedzone ptaszyska). Wszak Budda nauczał, że człowiek na wszystkich etapach swej ziemskiej drogi powinien być pożyteczny! Dlatego podniebne pogrzeby bywają nazywane "rozdawaniem jałmużny ptakom".   

Czy na pewno chodzi o uwolnienie duszy? 
Prawie cały Tybet leży ponad górną granicą lasu, obejmuje więc najwyższe partie gór, rozległych niczym morze. Warstwa gleby ma tam zaledwie kilka centymetrów grubości, a drewno, które można by pozyskiwać z lasu, znajduje się... za granicą. Pogrzeby powietrzne wydają się zatem bardzo dobrym, praktycznym rozwiązaniem problemu. I nie mogę się oprzeć wrażeniu, że koncepcja udziału ptaków w ekskarnacji to sprytne dorabianie filozofii do koniecznej rezygnacji z innych form pogrzebu. Przepraszam wszystkich, którzy poczuli się urażeni! Ale w Internecie można przeczytać, że współcześni Tybetańczycy ciało przynoszone na miejsce "pogrzebu" traktują jak na buddystów przystało - jak pustą skorupkę po "ciele subtelnym", mieszankę mięsa i kości, które nie mają większego znaczenia. Ich zdaniem w owej mieszance nie ma już duszy, a to w oczywisty sposób pozostaje w sprzeczności z ekskarnacją wspomaganą przez ptaki. 

Czy powietrzny pogrzeb jest tani? 
Ludzie z zewnątrz określają go czasem jako "prosty i praktyczny", lecz niezależnie od tego, jaki dokładnie ma przebieg, cała procedura wymaga wielu zabiegów, wielu wysiłków i jest kosztowna. Nie każdego stać na wyprawienie takiego pożegnania. Dlatego biedniejsi sami wynoszą ciała swych zmarłych pod górskie szczyty i pozostawiają je na skałach dla sępów oraz mikroorganizmów. Poniżej zdjęcie z 1920 roku, pokazujące kobiety wychodzące w góry z ciałem w worku. 


Czy dla Tybetańczyków pogrzeby powietrzne są tabu? 
Raczej nie. Gdy się poprosi rodzinę zmarłego o zgodę na obejrzenie lub nawet sfilmowanie ceremonii, prawdopodobnie się ją otrzyma, chociaż nie jest to regułą. Jeżeli gospodarze mają zaufanie do gości, a goście szanują gospodarzy i ich uczucia, wszystko jest w porządku. 

Niestety, nie wszyscy odnoszą się do tybetańskich tradycji z szacunkiem. Jednym z przejawów wyśmiewania i niszczenia kultury tybetańskiej przez Chińczyków było uczynienie z niebiańskich pogrzebów atrakcji turystycznej. W Tybecie, należącym do prowincji Syczuan, wybudowali oni Świątynię Śmierci, w której pokazywali cały rytuał chińskim turystom. Powiecie, że na filmie? Otóż nie. Świątynia powstała blisko jednego z miejsc pogrzebowych przy słynnym Instytucie Buddyjskim Larung Ghar w Sertar. Tłumy turystów obwieszonych sprzętem fotograficznym oglądały "spektakl" na żywo, robiąc zdjęcia do zamieszczenia na Facebooku i prześcigając się wzajemnie w tym, kto zrobi najbardziej drastyczną fotkę. Żeby było bardziej smutno, instytut ten - wraz z wyrosłymi wokół niego domkami dla studentów - to jedno z najświętszych miejsc Tybetańczyków. Wygląda wprost niesamowicie! 


W ślad za podłymi Chińczykami poszły rozmaite biura podróży, które przywoziły grupki turystów na miejsca ceremonii. W 2005 roku władze tybetańskie wydały rozporządzenie zakazujące zwiedzania, fotografowania i filmowania miejsc powietrznych pogrzebów, a także publikowania zdjęć, filmów i relacji. Nie wydaje mi się, by zakaz ten był specjalnie szanowany, bo w internecie z łatwością można wyszukać bardzo dosłowne zdjęcia (są np. w Wikipedii) oraz przerażające filmiki. Wyczytałam też, że turyści mogą obejrzeć powietrzny pogrzeb w Langmusi na granicy Gansu-Syczuan, jeżeli wykupią wycieczkę do regionu Amdo (Amdo Tibet Tour). 

Natomiast władze chińskie, w ramach niszczenia kultury tybetańskiej, do pogrzebów powietrznych odnoszą się nieżyczliwie - podobnie jak komuniści w Mongolii. W 1959 roku Chińczycy zakazali takich pogrzebów i przywrócili je dopiero 15 lat później na usilne prośby Tybetańczyków. Obecnie istnieje 1100 miejsc wyznaczonych do powietrznych pogrzebów. Ale nie oznacza to tolerancji. Na skutek utrudnień coraz więcej Tybetańczyków wybiera kremację, więc można mówić o początkach upadku tradycji. Niedawno Kongres Ludowy Tybetu uchwalił ustawę o pogrzebach powietrznych, która odnosi się nie tylko do potrzeby ochrony tej tradycji, ale także do kwalifikacji osób odprawiających rytuały oraz do kwestii ekologicznych. Miejmy nadzieję, że to pomoże, bo z jednej strony proceder jest przerażający, z drugiej zaś - to odwieczna tradycja tybetańskiego narodu, który ma do jej podtrzymywania prawo. 

Kończę już ten post, bo robi mi się niedobrze. Kto lubi oglądać rzeczy drastyczne, ma szansę ujrzeć ceremonię "niebiańskiego" pogrzebu w formie filmu (lub scen z filmu). Temat podobno potraktowano taktownie. Wymienię tu tytuły za anglojęzyczną Wikipedią: Human Planet - Mountains (BBC, 2011), Secret Towers of Himalaya (Science Chanel, 2008), Himalaya (1999, nepalski, nominowany do Oscara) i dwa filmy Martina Scorsese, Kundun (1997) oraz The Horse Thief (1986 - ale w USA zezwolono na wyświetlanie go na ekranach dopiero w 1990). Jeszcze nie wiem, czy polecam... 

Ale tę taktowną sekwencję zdjęć z ceremonii wraz z opisami mogę polecić: TAKTOWNE ZDJĘCIA. Tutaj z kolei STRASZNA GALERIA dla odpornych - brrrr! A TEGO FILMU od 18 LAT w żadnym razie nie oglądajcie - można zwymiotować, naprawdę drastyczny! Najmocniejsza rzecz, jaką widziałam. I drugi raz już nie obejrzę. TU mała próbka... 

I to jest dla Tybetańczyków normalne. Co kraj, to obyczaj! 

©  Agata A. Konopińska

ŹRÓDŁA:
Mam zanotowane, w razie rzeczywistej potrzeby pokażę :)