niedziela, 13 marca 2016

Nepal - kremacja pod gołym niebem



Katmandu, stolica Nepalu - tu po raz pierwszy w życiu widziałam ciałopalenie na żywo. Było to duże przeżycie. Można rzec, że "multimedialne". Nie tylko wzrokowe. Bo oczy chwytały obrazy, a uszy rejestrowały trzask ognia, lament i krzyki żałobników.
Nozdrza zaś wdychały dym pachnący zwęglającymi się kośćmi i ciałem, w które już wkroczyła mikrobiologiczna armia rozkładu. Nie wszyscy z naszej grupy, zwiedzającej świątynię Paśupatinath, dobrze to znosili. Ktoś płakał, że musi wdychać dym z palących się zwłok. Ktoś odwracał głowę, gdyż nie mógł patrzeć na stosy kremacyjne. Ktoś uważał robienie z pogrzebów atrakcji turystycznej za naruszanie tabu. W końcu kilka osób odeszło.

Hinduistyczny kompleks świątynny Paśupatinath nad rzeką Bagmati uznawany jest za najważniejszą świątynię boga Śiwy w Nepalu. Gości nie zaprasza zbyt blisko siebie. Do samej świątyni wstęp mają tylko hinduiści. A na kremacje odbywające się na nabrzeżu przed świątynią obcy mogą patrzeć jedynie z drugiego brzegu rzeki. Zaskakujące, że kremacje można fotografować, o ile się tym nie zakłóca ceremonii i nie wchodzi w paradę żałobnikom. Paśupatinath to zabytek z listy UNESCO, czyli z jednej strony miejsce święte, w którym codziennie odbywają się podbudowane religią kremacje zmarłych, z drugiej zaś wielka atrakcja turystyczna z drogimi biletami wstępu. Nas może to szokować. Lecz najważniejsze jest to, że Nepalczycy nie widzą w tym niczego niestosownego. Oczywiście pod warunkiem, że turyści są delikatni i trzymają się w przyzwoitej odległości. Nota bene, na internetowych filmikach z Paśupatinath widać, że sami uczestnicy kremacji fotografują i kręcą komórkami wszystko, z nieżywym ciałem włącznie.

Wszyscy kapłani służący w Paśupatinath są sprowadzani z Indii. Chodzi o to, by w razie śmierci króla Nepalu miał kto odprawiać ceremonie, gdyż wszystkich Nepalczyków obowiązuje wówczas żałoba i zaprzestanie praktyk religijnych, zaś Śiwa musi być czczony nieprzerwanie.

Architektonicznie świątynia ma postać pagody, aczkolwiek dachy pokryte złotem - nie mówiąc już o posrebrzanych daszkach nad wejściami - niełatwo dostrzec w natłoku budynków.


Miejsce kremacji, czyli ghaty, wygląda szaro i przygnębiająco. Słowo "ghat" oznacza kamienne schody opadające wprost do rzeki. Schodzi się po nich na przykład po to, by nabrać w butelkę świętej wody albo zażyć rytualnej kąpieli. Ghaty Paśupatinath mają około 200 metrów długości, zaś do palenia ciał służą rozmieszczone co kilkanaście metrów brzydkie, betonowe platformy, z których można zrzucać kwiaty, popioły i niedopalone resztki stosu wprost do wody. Rzeka Bagmati jest mętna i zaśmiecona, nad brudną wodą unoszą się kłęby gęstego, niebieskiego dymu. Nie można uwolnić się od myśli, że spalanie ciał zmarłych w takim otoczeniu to trochę jak gdyby wyrzucanie ich na śmietnik... 

W hinduizmie pogrzeb musi odbywać się nad rzeką. Rzeka jest granicą pomiędzy światem ludzkim a światem boskim. Zwłoki pali się na ghatach, a popioły i wszystko to, co się w nie nie zmieniło, wrzuca się do świętej wody. Dzięki temu zmarły będzie mógł powrócić tam, skąd pochodzi (a pochodzi z wód płodowych i zarazem z wody, w której powstało życie na Ziemi). Ogień i woda go oczyszczą. Potem odrodzi się w innej postaci.

Indie mają swój słynny na cały świat Ganges. W Nepalu za świętą rzekę uchodzi właśnie Bagmati, biorąca początek niedaleko Katmandu w Himalajach i kończąca swój bieg w Indiach, gdzie wpada do Kosi i wraz z nią toczy swe wody do Gangesu. Tak więc ostatecznie szczątki spalonych w Nepalu ciał trafiają tam, gdzie powinny. 


Tego dnia, gdy byłam w Paśupatinath, odbywały się kremacje ludzi zwyczajnych (czytaj: niezamożnych i nieznanych ogółowi), kremowano także jakiegoś dostojnika państwowego. Mieliśmy zatem możliwość porównania sposobu pożegnania małych i wielkich tej ziemi.

Zacznę od tych "małych".

Ciało zmarłej osoby, umyte i odświętnie ubrane, zostaje przywiezione pod świątynię prywatnym samochodem, często przypięte pasami do dachu, albo ułożone w bagażniku. O trumnie nie ma mowy, zwłoki zawija się tylko w całun pogrzebowy, czyli kawałek materiału w kolorze białym (gdy zmarły jest mężczyzną) lub pomarańczowym, a rzadziej w innym (gdy zmarła osoba to kobieta). Niekiedy zwłoki wynosi się z tzw. Białego Domu, specjalnego budynku nad rzeką, w którym umierający czekają na śmierć. Czasem umierających przywozi się tam wprost ze szpitala, pod kroplówką. Niektórzy leżą tam kilka godzin, inni nawet 3-4 dni.

Przed zejściem na ghaty ciało zmarłego układa się na specjalnych, bambusowych noszach.



Na ghatach przed świątynią panuje ścisk. W takich warunkach o ciszy i spokoju podczas pogrzebu nie może być mowy. Ale ludzie w Azji są chyba do tego przyzwyczajeni...



Przyczyną tłoku są prawdopodobnie drewniane pochylnie, na których trzeba umieścić ciało przed spaleniem. Jest ich mało, bodajże dwie. Jeżeli w ciągu doby przeprowadza się tu 30-50 kremacji, nic dziwnego, że do pochylni ustawiają się kolejki. 



Ciało musi leżeć na pochylni tak, by jego stopy moczyły się w rzece. Wokół zbiera się najbliższa rodzina i polewa zwłoki wodą zaczerpniętą z rzeki. Twarz zmarłego zostaje odsłonięta i natarta świętą wodą Bagmati - bliscy nie mają oporów, by zrobić to gołymi rękami. Cała ceremonia trwa ponad kwadrans i ma zapewnić zmarłemu oczyszczenie z grzechów.



Potem ciało wraca na nosze i zostaje ozdobione girlandami z jaskrawopomarańczowych kwiatów (w Polsce nazywanych aksamitkami lub byczkami). Za chwilę będzie niesione na stos.



W końcu formuje się żałobny orszak. Ludzie są ubrani zwyczajnie, w codzienne stroje. W Europie taki orszak idzie powoli, dostojnie - inaczej nie wypada. Tutaj żałobnicy idą szybko, nie dbając o szyk. Może dlatego, że pogrzebów jest dużo i nie powinno się blokować drogi wzdłuż ghatów? 



Rozpaczających głośno (bardzo głośno!) najbliższych krewnych "oznakowanych" białymi szalami podtrzymują z obu stron inni żałobnicy. Biały szal można założyć na głowę, zawiesić na szyi lub przewiązać się nim w pasie. Później przyda się do przesłonięcia twarzy, by nie wdychać dymów kremacyjnych. Biel jest kolorem żałoby. Przywdziewają ją tylko mężczyźni. Wielu z nich zakłada na pogrzeb białe spodnie, niekiedy białą koszulę, a często... zwykły biały podkoszulek, u nas określany jako "bieliźniany". 

Krzyki i płacze krewnych są donośne, aż po krzyżu Europejczyka przebiega dreszcz, a w głowie rodzi się pytanie, czy jest to autentyczna rozpacz, czy może jakiś obowiązkowy rytuał. Lecz niezależnie od odpowiedzi jedno wydaje się oczywiste: Nepalczycy wyrażają swój żal z powodu odejścia bliskiej osoby. Tymczasem w wielu opracowaniach można przeczytać, że pogrzeb hinduistyczny w ogóle nie jest podszyty dramatem, bowiem śmierć oznacza wyzwolenie nieśmiertelnej duszy z ciała, czyli akt raczej radosny niż bolesny. Taka interpretacja śmierci tłumaczy, dlaczego uczestnicy uroczystości ciałopalenia mają być całkowicie pogodzeni z sytuacją, wręcz pogodni. Jednak to, co widziałam w Paśupatinath przeczy takiemu przedstawieniu sprawy. Czytałam też wypowiedzi Nepalczyków, w których wprost padały stwierdzenia, że śmierć i kremacja są traumą. 

Co ciekawe, nie widać płaczących kobiet. W pogrzebowych procesjach nie widziałam ich wcale. W internetowych filmikach nakręconych podczas kremacji czasem występują. Ja kobiety dostrzegłam tylko przy obmywaniu zmarłych w rzece oraz przy dopalaniu szczątków ich ciał przed świątynią.



Przy brzydkiej, betonowej platformie kremacyjnej (jak mniemam, wcześniej zarezerwowanej) nosze lądują na ziemi. Ktoś przygotowuje podpałkę - pasma słomy lub wiązki cienkiego chrustu, a czasem zwitki gazet. Płynnych chemikaliów w rodzaju podpałki do grilla raczej się nie używa, to znaczy nie powinno się używać, lecz świadkowie twierdzą, iż bogatszym rodzinom zdarza się polewanie stosu benzyną albo naftą. 



Przed umieszczeniem ciała na stosie kilku mężczyzn trzykrotnie okrąża stos, dźwigając zdjęte z noszy zwłoki. Potem przychodzi kolej na trzy okrążenia z pochodnią, od której zapłonie stos. Stos podpala z czterech stron najstarszy syn zmarłej osoby (a z braku syna najbliższy krewny rodzaju męskiego). Trzeba go doglądać przez kilka godzin, dlatego przy każdej dymiącej platformie krząta się jakiś mężczyzna. 



Mężczyzna, którego obserwowałam z drugiego brzegu rzeki, co jakiś czas sięgał do reklamówki, brał z niej garść płatków kwiatowych i rozsypywał je wokół stosu. Co kilka minut wrzucał też do rzeki jedną girlandę z aksamitek. I oczywiście stale przekładał szczapy, żeby podsycać ogień. 



W początkowej fazie każdy stos pali się słabo, kopci, nie widać płomieni. Dopiero później ogień bierze w swe władanie grubsze kawałki drewna wraz z ciałem, natartym po śmierci olejkami podtrzymującymi palenie. Jeżeli stos pracuje dobrze, spalenie zwłok zajmuje 5-6 godzin. Potrzeba na to aż 500 kg drewna. Niestety, nie wszystkie rodziny stać na tak drogi zakup. Gdy drewna jest mało, kremacja trwa dłużej i nie jest całkowita. Żeby stos palił się szybciej, między polana można wsunąć bloczki zrobione z wysuszonego krowiego łajna. I cokolwiek myślą o tym Europejczycy, hinduiści ochoczo to robią! W końcu krowa to święte zwierzę...



Gdy stos już dobrze płonie, przychodzi pora na kapal kriya - rytuał w odczuciu Europejczyka straszny, niezwykle drastyczny, trudny do zaakceptowania. Czaszkę zmarłego miażdży się bambusowym kijem, by zrobić ujście dla duszy, która bez tego byłaby uwięziona w martwym ciele. Tak między nami, chodzi pewnie o jeszcze jedną rzecz: zmiażdżona czaszka nie wybuchnie, nie plunie strzępami mózgu, co byłoby konsekwencją działania na nią wysokiej temperatury. Na szczęście nie widziałam tego rytuału. Całą resztę zniosłam dobrze, lecz czuję, że od kapal kriya mogłabym się rozchorować.

Według hinduistów unicestwienie ciała przez spalenie ma uwolnić duszę, która będzie mogła rozpocząć swą wędrówkę przez kolejne wcielenia. Czy jednak spaleniu ulega wszystko? Zdecydowanie nie. Po kremacji pod gołym niebem zawsze pozostają kości, a jeśli stos palił się słabo - także zwęglone tkanki miękkie. Lecz niezależnie od tego, ile ciała się spaliło, a ile nie, koniec pogrzebu jest podobny: wszystko, co pozostało ze stosu, strąca się z platformy do rzeki Bagmati. Dlatego pływają w niej kawałki tkanin, niestrawione przez ogień polana i ludzkie szczątki. Teoretycznie większe kości i resztki ciała powinno się zebrać i zakopać w ziemi, lecz w praktyce się tego nie robi. Przed świątynią Paśupatinath na małym placyku można dopalać te szczątki w specjalnych, glinianych misach. Zajmują się tym głównie kobiety. I to jest praktykowane - sama widziałam.  



Po zakończeniu czynności związanych z ciałopaleniem członkowie rodziny mogą usiąść na drugim brzegu rzeki naprzeciwko ghatów i zjeść skromny poczęstunek, a także puścić na wodę misy ofiarne.  



Misa ofiarna spleciona z kilku dużych, zielonych liści zawiera płonącą świeczkę, kwiaty i owoce lub chleb. Niestety, nie jest jej dane długo unosić się na falach Bagmati - kręcące się w pobliżu małpy tylko czekają na taką okazję. W końcu świeczkę można wyrzucić, a kwiaty, owoce i chleb zjeść...




A jeśli jakieś jadalne zasoby znajdą się jeszcze na brzegu, zawsze można je ukraść ludziom i się uraczyć... Nikt jednak na małpy nie krzyczy, nie odgania ich. Dlaczego? Świątynia Paśupatinath poświęcona jest jednemu z wcieleń Śiwy noszącemu imię Paśupati, czyli w tłumaczeniu na polski - Władca Zwierząt. Na terenie świątyni zwierzęta są traktowane z szacunkiem. Wprawdzie najświętsza piątka zwierząt to krowy, konie, kozy, owce i bawoły, lecz świętość przenosi się też na inne gatunki, jak małpy, psy czy koty. 





A teraz kilka słów o pogrzebach tych "dużych" - bogatych oficjeli.

Świadkiem całości nie byłam. A co widziałam? Pogrzeb odbywał się na ghacie Arya przeznaczonym dla członków rodziny królewskiej, który umiejscowiono u stóp głównej świątyni. Dostojnika państwowego żegnał gęsty tłum zgromadzony po obu stronach rzeki oraz na mostku. Nie zabrakło mundurowych, była też muzyka i chyba jakaś oracja. Stos kremacyjny ułożony na platformie prezentował się barwnie i okazale.

 


Kwiatów nie żałowano, zrobiono nawet coś w rodzaju palankinu, ale słoma trzcinowa była tak samo niechlujna jak na ghatach dla maluczkich. I dokładnie tak samo trzeba było dokładać do ognia. Zajmował się tym jeden mężczyzna ubrany zwyczajnie i niczym się nie wyróżniający.




Zaś kawałek dalej przygotowano stos dla kolejnej ważnej persony.




Porównajmy to z naszymi pogrzebami... U nas na grobie przeciętnego zjadacza chleba jest więcej kwiatów, i to dużo piękniejszych, niż tu na stosie ciałopalnym oficjela. Inna sprawa, że przy spopielaniu ciała w naszym krematorium kwiatów nie ma wcale.


Pozostaje jeszcze pytanie, gdzie w tym wszystkim, co opisałam, jest miejsce na modły czy inne praktyki religijne. Otóż wkraczają one na scenę już podczas umierania człowieka. Bliscy odmawiają specjalną modlitwę, starając się w ten sposób zawrócić umierającego z drogi na tamten świat. Obrzędów przy umierającym jest co niemiara i nie będę o nich opowiadać. Natomiast w trakcie kremacji żałobnicy przez cały czas modlą się do boga śmierci - Jamy. To właśnie Jama osądza uczynki zmarłego i podejmuje decyzję, czy wysłać jego duszę do nieba, czy też do piekła (gdzie będzie musiała przebywać aż do reinkarnacji).     

Należy też wspomnieć o tym, że w Nepalu (i w ogóle w hinduizmie) nie każde ciało zmarłego jest kremowane. Osoby duchowne są po śmierci grzebane w ziemi. Ciała zmarłych dzieci, ciężarnych kobiet, trędowatych, ukąszonych przez węże oraz świętych mędrców sadhu obciąża się kamieniami i zatapia w rzece bez kremacji. Oni są czyści, ogień jest im niepotrzebny.

Cóż jeszcze można dodać? 

Na przykład to, że dawniej przy pogrzebie kremacyjnym odprawiana była jeszcze jedna okrutna ceremonia o nazwie sati. Aby wyjaśnić, o co chodzi posłużę się cytatem z artykułu Joanny Składanek:

- Kiedyś, jeśli umarł mąż, kobieta musiała zginąć razem z nim. Na szczęście czasy się zmieniły i teraz może prowadzić normalne życie. – tłumaczy przewodnik hinduistyczny zwyczaj, polegający na rytualnym spaleniu wdowy po utracie męża. 
Małżeństwo powinno połączyć ludzi na zawsze. Z takim założeniem kobiety musiały dokonać wyboru: albo śmierć u boku „ukochanego” mężczyzny, albo życie na marginesie społecznym i degradacja społeczna, czyli upadek do najniższej kasty, który równał się z wydziedziczeniem, pozbawieniem majątku i utratą jakichkolwiek praw. Powtórne zamążpójście było śmiertelnym grzechem, dlatego golono im głowy, ubierano w białe szaty i nakazywano resztę życia spędzić w celibacie – często w specjalnych przytułkach dla wdów prowadząc ascetyczny tryb życia. W wielu przypadkach, chociażby rodzin zamożnych, taka śmierć okazywała się lepsza od dalszego życia w ubóstwie i potępieniu. Często to presja otoczenia a nie dozgonna miłość pchała kobietę w ogień, ponieważ według wierzeń przebywanie w towarzystwie wdowy przynosiło wielkie nieszczęście. Ceremonia Sati (nazwa pochodzi od imienia bogini, która wedle hinduistycznych wierzeń, jako pierwsza dokonała spalenia) została oficjalnie zakazana przez Brytyjczyków w 1929 roku.

Nasza przewodniczka powiedziała, że sati - chociaż za samo mówienie o nim można zostać skazanym na 7 lat więzienia - bywa jeszcze sporadycznie praktykowane.

Inną ciekawostką jest istnienie 
na terenie Paśupatinath względnie nowoczesnego krematorium elektrycznego. Działa ono od stycznia 2016 roku. Jego uroczystego otwarcia dokonał nepalski minister kultury, turystyki i lotnictwa cywilnego. Budynek krematorium posiada chłodnię mieszczącą 20 ciał i łaźnię z gorącymi prysznicami dla rodzin zmarłych. Ma też osobny generator, co jest istotne, gdyż w Nepalu bardzo często nie ma prądu. Ciała spala się tam w zamkniętych piecach kremacyjnych - trwa to około 45 minut. Wnętrze placówki wygląda tak:



A jak odbywa się ceremonia, można zobaczyć tutaj:
https://www.youtube.com/watch?v=AbuYhNvoFIU
To zupełnie coś innego niż kremacja piecowa w Europie czy USA - Nepalczycy zachowali pewne rytuały towarzyszące kremacji tradycyjnej.

Mogłoby się wydawać, że taka kremacja jest dostępna tylko dla wybranych, jednak jest zupełnie inaczej. Trzy-, a nawet czterokrotnie niższy koszt (bo nie trzeba kupować drewna) powoduje, iż decydują się na nią ludzie gorzej sytuowani. Władze planują zachować względnie niską cenę i starają się zachęcać naród do korzystania z tej opcji, bardziej przyjaznej dla środowiska (i przede wszystkim dla świętej rzeki Bagmati) niż kremacja tradycyjna. Tym niemniej głównym powodem budowy krematorium była nie ekologia, a katastrofalne trzęsienie ziemi w kwietniu 2015 roku. Ilość ofiar śmiertelnych przekroczyła wówczas wszelkie możliwości kremacji tradycyjnej. Władze musiały więc na chwilę zapomnieć o religii i tradycji, by po 30 latach od powstania idei budowy piecowego krematorium wreszcie wydać na nią zgodę i znaleźć fundusze. 

Jest jeszcze pewna niezbyt miła rzecz. Otóż w Bagmati brodzą niemal codziennie młodzi mężczyźni z kijami, próbując wyłowić z wody coś cennego - a to srebrną obrączkę, a to złoty ząb. Chyba nie muszę pisać, skąd się te skarby biorą w rzece...

Na zakończenie parę wniosków i refleksji, jakie wyniosłam z Paśupatinath. Po pierwsze kremacja, czyli palenie ciała, nie jest wcale taka straszna, jakby się mogło wydawać. Tego, co dzieje się z ciałem w ogniu i tak nie widzimy, niezależnie od tego, czy kremacja odbywa się w piecu, czy na stosie pod gołym niebem. Po drugie, niedopalenie ciała i wrzucenie jego resztek do rzeki absolutnie nie powinno mieć miejsca, jest bowiem tyleż obrzydliwe, co szkodliwe dla środowiska (pamiętajmy, że rozkładające się resztki ciała są siedliskiem groźnych bakterii i wydzielanych przez nie toksyn). Dlatego uważam, że zebranie i dopalenie pozostałości ciała powinno być obowiązkiem obywatelskim członków rodziny zmarłego i jej moralną powinnością wobec niego. Tymczasem zajmują się tym niedotykalni, czyli przedstawiciele najbiedniejszej kasty, wykonującej najgorsze zawody i najbrudniejsze prace. Biorąc to pod uwagę, muszę uznać, że kremacja piecowa - chociaż może się niektórym źle kojarzyć - jest znacznie bardziej higieniczna i "ekologiczna", a także niesie ze sobą więcej szacunku wobec zmarłego. Po trzecie, nie ma chyba na świecie formy pogrzebu, która bardziej niż ta hinduistyczna (lub inne jej podobne) wyrażałaby jedność człowieka z naturą, ze światem i jego żywiołami. Ogień trawi ciało, dymy idą w powietrze, zaś prochy rozpływają się w wodzie i osiadają na dnie oraz brzegach rzeki, czyli na ziemi. Ceremonia kremacyjna uwypukla cykliczność życia ludzkiego, które ma swój początek w wodzie i do wody powraca, by później odrodzić się na nowo. A cykliczność jest bardzo powszechna w przyrodzie, której częścią jesteśmy my, ludzie.    


©  Agata Konopińska

-----------------------------------------------------------
Kto chce poczytać relacje innych osób z wizyty w Paśupatinath, pooglądać inne zdjęcia (lub filmy) i dowiedzieć się więcej o hinduistycznych zwyczajach grzebalnych, świątyni Paśupatinath lub losie zanieczyszczonej rzeki Bagmati, niech poskacze po linkach:

➤ Artykuł i zdjęcia: "Hinduistyczny pochówek" (2016)
http://www.rgkosakowo.pl/
➤ Artykuł, Yam Kumari Kandel tłumaczony z nepalskiego: "Cleanup of Kathmandu's Bagmati River Makes Strides With Help From Volunteers" (2016) 
https://globalpressjournal.com/asia/nepal/
➤ Artykuł, Hamza Khan (2016): "Day that shook Nepal gets a new symbol, an electric crematory".
http://indianexpress.com/article/world/world-news
➤ Artykuł, Sunir Pandey (2014): "Solving a burning problem".
http://nepalitimes.com/article/nation/
➤ Artykuł Marzeny Magnuszewskiej (2014): "Kiedy owoc dojrzeje - ziemia, ogień, powietrze".
http://www.indieszerokopojete.pl/
➤ Artykuł Andrzeja Żarczyńskiego (2014): "Paśupatinath, Katmandu (Nepal) - przewodnik".
http://www.libertas.pl/pasupatinath
➤ Artykuł Joanny Składanek (2012): "Zwyczaje pogrzebowe na świecie".
➤ Artykuł, Amita Bhaduri (2012): "Living rivers, dying rivers - Bagmati River in Nepal".
http://www.indiawaterportal.org/articles/
➤ Artykuł i zdjęcia Jerzego Pawlety (2010): "Nepal. Paśupatinath". http://jerzypawleta.pl/2010/10/ 
➤ Artykuł, Brian Merchant (2009): "Indians Using Cow Dung to Cremate the Dead".
https://www.treehugger.com/corporate-responsibility/
➤ Film "Human cremation, Pasupatinath, Nepal".
https://www.youtube.com/
➤ Film "Pasupatinath Temple in Nepal - Cremation Ceremony".
https://www.youtube.com/

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Cudze chwalicie, swego nie znacie

Dzisiaj tylko link do interesującego artykułu etnograficznego na temat obrzędów pogrzebowych na Lubelszczyźnie, a razem z linkiem krótkie wprowadzenie w temat.



Żeby dowiedzieć się czegoś ciekawego czy nawet trochę szokującego na temat śmierci i pogrzebu, nie trzeba szukać koniecznie w etnografii ludów z Filipin, Amazonii czy Kaukazu. Słowianie też "wymyślili" wiele obrzędów przeprowadzanych w związku z umieraniem i pochówkiem. Jeżeli ktoś chce wiedzieć, dlaczego w Polsce przy oczekującym na pogrzeb ciele zmarłego stawiano krzesło,  dlaczego zmarłego chowano bez butów, za to z jego obciętymi paznokciami, a do trumny sypano piasek, albo czemu po śmierci bliskiego zrywano w domu dach, niech przeczyta ten artykuł. Jeżeli ktoś potrzebuje informacji, w jaki sposób prawidłowo poinformować ludzi o śmierci członka ich społeczności, zaś pszczoły zawiadomić o śmierci opiekującego się nimi pszczelarza, albo jak z pomocą zmarłego uleczyć kogoś z alkoholizmu, niech artykuł ów przestudiuje koniecznie. Czy te wszystkie zwyczaje są nadal żywe? Wszystkie na pewno nie. Lecz ich cząstka zachowała się do dziś nie tylko na Lubelszczyźnie, ale w ogóle na terenie całego kraju.  

Po przeczytaniu wspomnianego artykułu patrzę na pewne sprawy inaczej. Moja rodzina nie pochodzi w prawdzie z Lubelszczyzny, tylko z Kielecczyzny, lecz wobec powszechności pewnych obyczajów nie ma to znaczenia. Kiedy po chorobie zmarła moja babcia, a stało się to pewnego wieczoru w naszym domu, tata zamknął jej oczy. Byłam wtedy małą dziewczynką i naiwnie sądziłam, że robi się tak po to, by zmarły wyglądał po prostu jak osoba śpiąca. Ale to nie tak! Gdyby ojciec tego nie zrobił, babcia mogłaby rzucić urok na kogoś z nas, żyjących, i zabrać go ze sobą...

Z kolei mama zatrzymała zegar. Czy po to, by wskazówki zastygły "na pamiątkę" godziny śmierci? Otóż nie. Zatrzymanie zegara oznaczało koniec ziemskiego życia babci i rozpoczęcie przez nas żałoby. Gdyby zegar nadal tykał, dusza babci odczuwałaby niepokój, zastanawiając się, czy aby na pewno tam na ziemi ktoś po jej odejściu płacze. Jednak rodzice po śmierci babci popełnili  pewien błąd. Polegał on na tym, że przy jej ciele nikt głośno nie lamentował. W domu panowała zupełna cisza, a później, na pogrzebie, pełny spokój. Stąd moja obawa, że dusza babci nie zaznała zbawienia.  

Potem rodzice złożyli babci ręce jak do modlitwy. Babcia nie była osobą gorliwą w swej wierze, a podejrzewam, że z jej wiarą mogło być w ogóle krucho - w każdym razie w godzinie śmierci odrzuciła propozycję spotkania z księdzem. W moim domu w ogóle nie poświęcało się zbyt wiele uwagi jakimkolwiek modlitwom. Ręce babci zostały więc złożone w ten charakterystyczny sposób (dłoń w dłoń) po to, by babcia nie pożądała już żadnych przedmiotów ziemskich. Dzięki temu nie musieliśmy jej niczego oddawać...

Wezwany do stwierdzenia zgonu lekarz podwiązał babci skrawkiem bandaża opadającą szczękę - i znów nie chodzi tu o nadanie zmarłej osobie mniej strasznego wyglądu, tylko o to, że mając otwarte usta, zmarły mógłby zawołać kogoś z żyjących. Tak więc świadomy rzeczy lekarz ochronił nas - tatę, mamę, mnie i mojego brata - przed przedwczesnym odejściem w zaświaty ;)

Ciało babci zostało obmyte, a woda po obmyciu została wylana do sedesu - czyli tam, gdzie nikt nie chodzi i gdzie niczego się nie uprawia. Poprawność takiego postępowania polegała na tym, że od tej chwili dusza babci nie mogła ani nękać nas, ani też niszczyć żadnych naszych plonów (czyli na przykład kompotów czereśniowych i grzybków marynowanych w słoikach). Gdyby w naszej rodzinie był jakiś alkoholik, można by było dać mu tę wodę do wypicia, by pomóc mu w wyzbyciu się nałogu...

Potem ciało babci czekało przez kilka dni w domu na wywiezienie do Kielc. W tym czasie w całym domu były szeroko pootwierane okna. Czy to z powodu zapachu rozkładającego się ciała? Nie, nie tylko. Owszem, z pokoju babci sączyła się charakterystyczna, słodkawa woń, lecz była to jesień nie lato, więc rozkład postępował powolutku. Ale najważniejsze było, jak mniemam, to, że dusza babci mogła swobodnie wyfrunąć w przestworza. Przy czym bardziej chodziło tu o nas niż o babcię - nie chcielibyśmy bowiem, by babcina dusza pętała się po domu i nas straszyła.

W końcu do domu wniesiono trumnę. Pamiętam odgłos młotków zabijających ją gwoździami. Babcię wyniesiono z domu jak należy, nogami do przodu - dzięki temu jej dusza nie mogła już powrócić między nas.

Ale czy na pewno nie powróciła? Czy rodzice zadbali o dopełnienie wszystkich wobec niej powinności? O tym nie jestem przekonana. Potem spałam przez wiele miesięcy na tapczanie, na którym chorowała i w końcu umarła babcia. Chcąc-nie-chcąc wpadałam w dołek, który w nim wygniotła. I za każdym razem, gdy znalazłam się w dołku, ogarniały mnie straszne myśli, albo śniły się złe sny... 


©  Agata A. Konopińska

(Wykorzystano rycinę Marka Sawy "Czuwanie przy zmarłym" będącą własnością Ośrodka "Brama Grodzka - Teatr NN" oraz zdjęcia własne, tj. autorstwa ARK, z cmentarza w Nowych Brusach na Lubelszczyźnie.)

sobota, 2 stycznia 2016

Wiktoriańska fotografia post-mortem

Fotografia – czy to rozumiana jako sztuka, czy jako rzemiosło – ma swoje rozmaite oblicza, jak choćby fotografia portretowa, rodzinna, krajobrazowa, reporterska lub artystyczna. Inne zadania realizuje i inny ma warsztat pracy fotograf wydający dziennie tuziny zdjęć paszportowych, inne fotograf zatrudniony na weselu do dokumentowania scen nieustawianych, jeszcze inne fotograf podglądający o świcie przyrodę. Ale ja chcę tutaj opowiedzieć o pewnej gałęzi fotografii, która kwitła w Europie i, w nieco mniejszym stopniu, Stanach Zjednoczonych w XIX i jeszcze na początku XX wieku, czyli o tzw. fotografii post-mortem (pośmiertnej).
Rodzinka zarąbana siekierą
Uwiecznianie osób zmarłych na portretach malowanych lub rysowanych znane było już od starożytności. Jednak zamówienie takiego portretu u artysty malarza było kosztownym przedsięwzięciem. Wraz z nastaniem dużo tańszych technik fotograficznych portrecistów zastąpili fotografowie. I chociaż w dzisiejszych czasam mogłoby się nam wydawać, iż zamawianie fotografii pośmiertnych należało raczej do rzadkich kaprysów niż popularnych obyczajów, mam obowiązek temu zaprzeczyć. Dzisiaj nikomu nie brakuje fotek dzieci, rodzeństwa, ani rodziców. Nadejście ery fotografii cyfrowej sprawiło, że jesteśmy nimi wręcz zasypani. Ale kto był fotograficznie aktywny w czasach fotografii tradycyjnej, czyli opartej na światłoczułych reakcjach chemicznych, i kto pamięta ceny materiałów i usług, ten rozumie, że zdjęć osób bliskich – szczególnie w okresie powstawania i rozwijania się sztuki fotograficznej - mogło ludziom brakować. W pierwszej połowie XX wieku posiadanie albumu ze zdjęciami nie było już tak wielkim rarytasem jak posiadanie w epoce wiktoriańskiej choćby jednego zdjęcia, na którym byłaby w komplecie cała rodzina, a nawet jakiegokolwiek zdjęcia danej osoby. I dlatego ludzie czuli potrzebę nadrobienia tego braku.


Gdy nadeszła chwila ostateczna, a więc kiedy ktoś bliski stawał się tylko ciałem do pochowania, strojono go i malowano, wołano fotografa i ustawiano rodzinną scenkę. Robiono też zdjęcia portretowe tych, którzy odeszli, by potem ukrywać je w medalionach noszonych na piersi lub w szkatułkach z najcenniejszymi pamiątkami. Większość zdjęć, jakie się zachowały to zdjęcia dzieci. I nic dziwnego – umieralność dzieci sto lat temu była znacznie wyższa niż obecnie. Lecz fotografowano też dorosłych – leżących w trumnach albo w pościeli, czy upozowanych w fotelu. Po co to wszystko? Żeby mieć pamiątkę po zmarłym (czasami zdjęcie post-mortem było jedynym zdjęciem danej osoby). Albo żeby utrwalić obraz bliskiej osoby tuż po jej odejściu – takiej, jaką była, gdy umarła. Albo żeby… uzupełnić lukę w rodzinnym albumie. Bo Jańcia (która jeszcze żyje) nie ma żadnego zdjęcia razem ze swoją siostrą Hańcią (która właśnie zmarła), a fajnie byłoby, gdyby miała…


Według mnie już sam ten proceder jest szokujący, lecz proceder jako-taki to jeszcze nic. Diabeł tkwi w szczegółach. A wdając się w owe szczegóły można stworzyć kilkustopniową skalę grozy.



Stopień pierwszy – utrwalenie obrazu bliskiej osoby leżącej w trumnie. Bardzo smutne, aczkolwiek do przełknięcia… Pomimo powyższego uważam za szczęśliwą okoliczność fakt, iż obecnie się już raczej takich fotek nie robi.
Żona zabiła męża, niezamierzenie postrzeliwszy przy tym śmiertelnie córeczkę, a potem sama odebrała sobie życie.
Potem w wiecznej "zgodzie" legli w jednej trumnie...
Stopień drugi – utrwalenie ostatniego obrazu bliskiej osoby tak, jak gdyby zwyczajnie przysnęła w fotelu albo w ramionach matki. Jeszcze bardziej smutne. I odrobinkę przerażające. Nie powinno się mieszać życia ze śmiercią w jednym ciele. To naruszanie absolutów. Śmierć nie jest po prostu zimnem, a życie po prostu ciepłem, więc po ich połączeniu nie powstanie temperatura pośrednia.

Dziewczynka śpi? Nie, chyba nie... Ale na jawie też nie jest. Bo śmierć to ani sen, ani jawa... 
Stopień trzeci – utrwalenie ostatniego obrazu bliskiej osoby tak, jak gdyby żyła i w swoim najlepszym ubraniu siedziała sobie na krześle albo kanapie, często w towarzystwie swego rodzeństwa lub innych bliskich. Zdecydowanie niestosowne i przerażające z uwagi na to, iż wiele zmarłych osób na fotografiach miało nie tylko otwarte oczy, lecz również nieziemski wyraz twarzy.


Poza tym żyjące dzieci zmuszone do pozowania ze swym zmarłym bratem lub siostrą często mają nietęgie miny i to jest wybitnie przykre w odbiorze. Czy w czasach wiktoriańskich nikt tego nie widział?

Co więcej, wyraz twarzy matek tulących do siebie niby to jeszcze żyjące dzieci jest nie do zapomnienia, chociaż do fotografii starały się wyglądać naturalnie i miło.
  

Nie wyobrażam sobie, by dzisiaj którakolwiek matka miała ochotę pozować do zdjęcia ze swoim zmarłym dzieckiem. Gdyby mnie ktoś do tego zmusił, uznałabym to za akt okrucieństwa wobec mnie i brak szacunku do mojego nieszczęsnego potomka.

Stopień czwarty – fotografia zmarłego upozowanego na stojąco, jakby sobie stał obok fotela, albo przed domem. W tym celu - jak donoszą liczne artykuły w internecie - stosowano specjalne, metalowe statywy, do których przymocowywano ciało. Czasem fragmenty stojaków są widoczne na zdjęciach, szczególnie w okolicy stóp zmarłej osoby.


Z pomocą fotografom i ich żądnym fotek rodzinom przychodziła tu natura, a mianowicie – tzw. stężenie pośmiertne, zwane z łacińska rigor mortis. O co chodzi? Gdy w komórkach zmarłej osoby wyczerpią się zapasy energii zgromadzonej w ATP (przepraszam za ten naukowy wtręt, ale biochemiczne aspekty śmierci są dla mnie niezwykle interesujące), włókna mięśniowe tracą zdolność do zmiany długości i mięśnie zastygają w takim stanie, w jakim akurat się znajdują, czyli - sztywnieją. Nie chcę się tu wdawać w mechanizmy biochemiczne, o których napiszę w innym poście. Dość powiedzieć, że rigor mortis pojawia się w 3-4 godziny po śmierci i zaczyna ustępować dopiero po upływie 2-3 dób. Tak więc fotograf ma trochę czasu… Sztywne członki nieżywego modela z jednej strony mu sprzyjają, gdyż łatwiej jest podeprzeć ciało statywem i ustawić w pionie. Lecz z drugiej strony mogą przeszkadzać – np. poprzez uporczywe powracanie do utrwalonej pozycji, chociaż chciałoby się, by lewa ręka zmarłego spoczywała grzecznie na oparciu fotela, a prawa swobodnie zwisała w dół. Kiedy patrzę na zbiorowe zdjęcia post-mortem, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że np. siostrzyczka nie tyle kładzie z miłością swą dłoń na ręce swego nieżywego braciszka, ile ją przytrzymuje w niby-naturalnej pozycji, zaś grymas na jej twarzy wyraża przestrach, iż nieposłuszna, sztywna ręka brata wymknie się spod jej kontroli i zepsuje fotografowaną scenkę. Jednym słowem – makabra!




Stopień piąty – malowanie oczu nieżywego modela. I nie chodzi tu o makijaż upiększający! Jeżeli powieki zmarłej osoby były zamknięte i nie można ich było otworzyć, malowano na nich otwarte oczy – na zdjęciach ówczesnej jakości nie było to aż tak widoczne, jak byłoby widoczne dzisiaj (oczywiście bez angażowania programu komputerowego do obróbki zdjęć). A wszystko po to, żeby zmarły dobrze „wypadł” na zdjęciu rodzinnym. Horror!


Stopień szósty – o dreszcze przyprawiają zbiorowe fotografie rodzinne z trupami upozowanymi tak, jak gdyby jeszcze nie przeniosły się na tamten świat, na których wszyscy uśmiechają się promiennie, mają na sobie odświętne stroje i jest nieomal sielsko. To, że pomiędzy roześmianymi członkami rodziny znajduje się trup zdaje się nikomu nie przeszkadzać. Nie znajduję słów, by wyrazić grozę, jaka mnie wypełnia, gdy patrzę na takie zdjęcia.


I stopień siódmy – fotografowanie się ze zmarłym… postawionym do pionu razem z trumną. Ze zmarłym, który w otoczeniu koronek, kwiatów i koralików różańca nie spoczywa na katafalku w odpowiedniej dla niego pozycji leżącej, tylko sterczy przymocowany do atłasów pasami (lub przyszyty), by nie wypadł z trumny. Co trzeba mieć w głowie, a co w sercu, żeby robić sobie taką „pamiątkową fotkę”?


Czas odpowiedzieć na pytanie, co stało się z tą “piękną” tradycją. Najpierw zdjęcia zmarłych ucharakteryzowanych na żywych zostały zastąpione przez zdjęcia zmarłych przygotowanych do pochówku i ułożonych w trumnie. Potem ludzie dostrzegli w całym opisanym procederze grubiaństwo i wulgarność. A że fotografia rodzinna w zakładzie mistrza fachu stawała się coraz powszechniejsza, potrzeba posiadania choćby tego jednego zdjęcia zmarłego dziecka z jego rodzeństwem, dziadkami lub obojgiem rodziców stopniowo zanikała. I tak fotografowie post-mortem musieli odejść do historii.


Lecz fotografia post-mortem wciąż żyje… w internecie. Na eBay’u zdjęcia post-mortem „chodzą” po kilkadziesiąt, a nawet kilkaset dolarów. Niestety, wiele z nich to fałszywki rzucone na żer kolekcjonerom. I tu muszę uczciwie wspomnieć o wyczytanych w internecie wypowiedziach sceptyków. Fotografowie, którzy znają się nie tylko na samej fotografii, ale także na jej historii (a w każdym razie za takich się podają), twierdzą, że w słynącej ze zdjęć post-mortem epoce wiktoriańskiej praktycznie nie zdarzało się, by ustawiać scenki zbiorowe uśmiechniętych żywych z pomalowanym zmarłym, a już na pewno nie zmarłym przytwierdzonym do statywu.

Statywy, o których mowa, używane były przez fotografów do ustawiania ż y w y c h modeli w odpowiednio godnych pozycjach, z wyprostowanymi plecami i uniesioną brodą, a także utrzymywania ich w bezruchu przez dłuższy czas, jako że dawniej zrobienie jednego zdjęcia mogło trwać nawet… kilka minut. Tak więc zdaniem owych speców każde zdjęcie, na którym jakoby stoi podparty przez statyw trup, to fałszywka. To znaczy, fałszywka post-mortem, bo prawdopodobnie jest to autentyczne stare zdjęcie – tyle, że osoby żyjącej. Statyw sam w sobie nie utrzymałby martwego ciała w pionie (nawet jeżeli byłoby to ciało dziecka), a martwe ciało nie byłoby w stanie utrzymać w pionie jakże przecież ciężkiej głowy – nawet gdyby mięśnie szyi, karku i kręgosłupa byłyby w stężeniu pośmiertnym. Ponadto, kiedy zmarłego fotografowano w towarzystwie członków rodziny, to raczej siedzącego na kanapie i okrytego kocem, a w przypadku małego dziecka – ułożonego na czyichś kolanach. Jeżeli zaś zmarły miał na fotografii stać (a należało to raczej do rzadkości), to sztywne dzięki rigor mortis ciało opierano o ścianę, lub też podtrzymywali je bliscy.
Głowę zmarłego trzeba podtrzymywać od tyłu dłońmi, żeby nie opadła...

Ten oparty o ścianę pan po środku nie żyje od dwóch lat... 

Nieprawdą jest też – oczywiście według wspomnianych sceptyków – jakoby malowano na zamkniętych powiekach zmarłego otwarte oczy. No to… może fotografia post-mortem w ogóle nie istniała? Owszem, istniała. Tylko w nieco delikatniejszej, bardziej „lekkostrawnej” dla człowieka XXI wieku postaci niż nam to próbują wmówić sprzedawcy fałszywych fotek. W związku z tym uczciwie mówię, że nie mogę zagwarantować nikomu, iż wszystkie przedstawione przeze mnie fotografie post-mortem są autentykami - znalazłam je w internecie. (Starałam się, rzecz jasna, korzystać z tych bardziej wiarygodnych źródeł, ale kto wie, co z tego wyszło?)

A na koniec zagadka: która z przedstawionych na fotografii siostrzyczek jest żywa, a która nie?

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Kaplica Czaszek w Czermnej

Kaplica Czaszek w Czermnej to jedyne na terenie Polski ossuarium, mające jednakże rodowód nie polski, a czeski. W Czechach ossuariów jest około 30 (te, o których wiem, i które są udostępnione do zwiedzania, znajdują się w Kutnej Horze, Kolinie, Brnie, Żehuniu, Wielkiej Losenicy, Slapach, Melniku, Krztinach, Letarzowicach, Zdislawicach, Putimie, Anninie, Mikulowie i Niżkowie; ale są też ossuaria w stanie rozpadu, do których publiczność nie ma wstępu). Zanim jednak wyjaśnię, skąd tak duże nagromadzenie tego rodzaju przybytków właśnie w Czechach, przedstawię znaczenie słowa „ossuarium”.

Po łacinie słowo to oznacza kostnicę. I tu mamy ciekawostkę leksykalną.W języku polskim kostnica wcale nie jest miejscem składowania kości, tylko miejscem przechowywania zwłok przed pogrzebem. A że panuje w niej niska temperatura, która ma zabezpieczać ciało przez zbyt szybkim rozkładem, bliższe znaczeniowo byłoby tu słowo „chłodnia”. W innych językach kostnica (czyli ossuarium) to niewielka budowla wzniesiona w celu złożenia kości wykopanych z grobów. Brzmi to makabrycznie, chodzi jednak o prostą i zrozumiałą rzecz: zwolnienie miejsca na cmentarzach na nowe pochówki. Miało to ogromne znaczenie w czasach wieloletnich wojen oraz epidemii, gdy cmentarze były przepełnione. Takie kostnice znaleźć można w całej środkowej Europie, jak również – już rzadziej – w innych europejskich krajach (więcej informacji na temat europejskich kostnic przedstawię w innym poście – TUTAJ).

Szczególne bogactwo ossuariów w Czechach wynika z uwarunkowań dziejowych. W XIV w. dotarła tam straszna epidemia dżumy – czarnej śmierci. W XV w. toczyły się śmiercionośne wojny husyckie. W XVII w. Czechy były zaangażowane w wojnę trzydziestoletnią i bardzo na niej ucierpiały. XVIII wiek przyniósł wojnę siedmioletnia i wielką epidemię cholery. Zrozumiałe jest zatem, że przy każdym czeskim cmentarzu stała kostnica, do której przenoszono wykopane szczątki szkieletów aż do końca XVIII w., kiedy to wydano nakaz zakopania pod ziemią wszelkich ludzkich kości. Nie wszędzie jednak naród czeski okazał posłuszeństwo władzy. Dzięki temu dzisiaj można odwiedzać mroczne, przyprawiające o dreszcze kaplice i krypty z tysiącami ludzkich czaszek i innych kości, poukładanych na różne sposoby.

Miejscowość Czermna należała niegdyś do Czech. Po II Wojnie znalazła się w Polsce, zaledwie kilkaset metrów od granicy polsko-czeskiej. Działa tu parafia Św. Bartłomieja, której historia sięga XIV wieku. W 1776 r. proboszcz parafii, Wacław Tomaszek (Czech) rozpoczął obok kościoła budowę małej kostnicy. Skąd ten pomysł? Tomaszek dostrzegł pewnego dnia psy wygrzebujące ludzkie kości z ziemnej skarpy w pobliżu kościoła. Odpędził je i wraz z grabarzem i kościelnym wziął się do kopania. Okazało się, że kości jest bardzo dużo – musiały należeć do kilku tysięcy osób. Prawdopodobnie były to szkielety ofiar wojen i epidemii przewalających się przez Ziemię Kłodzką, w tym wojny trzydziestoletniej, wojny siedmioletniej i epidemii cholery.

Ksiądz Tomaszek, być może zainspirowany swoją podróżą do Rzymu, gdzie miał okazję zwiedzić katakumby (albo wizytą w ossuarium w Kutnej Horze), postanowił umieścić wydobyte kości w specjalnie wybudowanej kostnicy. Zarządził też zbiórkę wszelkich bezimiennych, ludzkich kości z okolic Kudowy, Polanicy i Dusznik. Wybierano je z cmentarzy, lasów i pól. Zdezynfekowane i wybielone kości zostały starannie ułożone w części nadziemnej kostnicy, czyli w kaplicy. Dekorowanie ścian kaplicy trwało aż do 1804 r. i „pochłonęło” 3000 czaszek oraz setki kości kończyn. Resztę wydobytych z ziemi szczątków – należących, jak się dzisiaj ocenia, do 25-30 tysięcy ludzi – Tomaszek złożył w podziemnej krypcie kostnicy. Kostnicę nazwał zaś Kaplicą Czaszek czyli Sanktuarium Milczenia i Zadumy Nad Życiem, Śmiercią oraz Wiecznością. Zapisał też w swym testamencie wolę, by w 20 lat po jego śmierci wykopano z grobu jego kości i złożono w tejże kaplicy. Takie samo życzenie wyraził współpracujący z księdzem grabarz nazwiskiem Langer.

Wacław Tomaszek zmarł wkrótce po ukończeniu prac nad Kaplicą Czaszek, jeszcze w 1804 r. Dziś na ołtarzu w kaplicy spoczywa jego czaszka, i to w dobrym towarzystwie, bowiem umieszczono tam również czaszkę sołtysa Czermnej (bohatera czeskiego, którego Prusacy rozstrzelali za przeprowadzania Austriaków przez Błędne Skały podczas prusko-austriackiej wojny siedmioletniej), żony owego sołtysa (która zginęła, gdy usiłowała bronić męża) oraz grabarza Langera.

Dzisiaj Kaplica Czaszek w Czermnej jest zadbaną atrakcją turystyczną, anonsowaną przez stosowną tablicę.





Wchodzi się do niej tylko z przewodnikiem. Bilet normalny kosztuje 8 zł (2018). Wewnątrz nie wolno robić zdjęć, więc muszę się posłużyć fotkami wykopanymi z Internetu. Barokowy budynek jest naprawdę ładny.



Wnętrze Kaplicy trudno nazwać ładnym, lecz naturalnie robi duże wrażenie. Ze ścian patrzą na gości puste oczodoły. Pod sufitem podwieszona jest jakaś sieć… ach, nie – to gąszcz skrzyżowanych piszczeli!


Na ołtarzu leży rządek czaszek. Jest ich siedem, niektóre są całe, niektóre uszkodzone. Czaszki na ołtarzu? Hmmm… to wydaje się chore… Tymczasem w sensie dosłownym chora jest tylko jedna z tych czaszek, a przeżarł ją – o ile się nie mylę - syfilis.


Do krypty się nie schodzi – widać tylko nieprzyjemny, kostny bałagan przez uchyloną klapę w podłodze. Warstwa kości zgromadzonych w krypcie ma podobno grubość 2 metrów, ale z tej perspektywy tego nie widać.


Przewodnik informuje, że co roku o północy z 14 na 15 sierpnia w Kaplicy Czaszek odprawiana jest msza święta za wszystkich w niej spoczywających i za wszystkich tych, którzy odeszli z tego świata wskutek wypadku albo choroby. Cóż, to musi być bardzo… nastrojowa msza. Nie jestem pewna, czy gdybym straciła kogoś bliskiego, przyszłabym modlić się właśnie tutaj.

Na koniec odrobina refleksji. Moim zdaniem intencja księdza Tomaszka gdzieś się zagubiła, a organizatorzy zwiedzania Kaplicy podchodzą do sprawy nazbyt komercyjnie. Krótka wizyta w małym „królestwie śmierci” z uprawiającym słowotok przewodnikiem i liczną grupą nie pozwala na zadumę nad życiem, śmiercią i wiecznością. Przewodnik pokazuje czaszkę Tatara i rozprawia o jej charakterystycznych cechach. Skupia się na ciekawostkach: to kość udowa człowieka, który musiał mieć ponad 2 metry wzrostu, a tutaj kość po złamaniu, która się źle zrosła. Na tej czaszce widniej ślad uderzenia narzędziem tępym, a na tej – ostrym. Ta czaszka należy do kobiety, a ta do mężczyzny, różnica zaś polega na…

Oczywiście, że i ja lubię ciekawostki. Nawet bardzo. Chciałabym jednak od czasu do czasu podumać w ciszy i coś przeżyć. Sposób, w jaki zwiedza się tę kaplicę pozwala tylko na przesylabizowanie w myślach znanej maksymy: memento mori. Ale czy daje szansę na jej własną interpretację dokonaną tu, na miejscu? Co oznacza memento mori w tym kontekście? Czy chodzi o to, że oni kiedyś żyli tak jak ja, a ja kiedyś będę wyglądać tak jak oni teraz? Czy chodzi o to, że wobec śmierci wszyscy jesteśmy równi, bo wszyscy na pewno umrzemy? A może o to, że po śmierci wszyscy jesteśmy równi, bowiem szczątki ludzi różnych narodów, wyznań i obyczajów, kości przyjaciół i wrogów mogą spoczywać razem? Zatem wniosek byłby taki, że nie warto się wadzić, nienawidzić, bić, ani zabijać? A może rzecz jest w tym, by zawsze okazywać szacunek szczątkom zmarłych, nie porzucać ich na pastwę losu nawet, jeżeli nie znamy ludzi, do których kiedyś należały? Może otaczając te szczątki opieką zdobywamy pewność, iż nasze własne szczątki też zaznają poszanowania? A może chodzi o szacunek dla pamięci zmarłych, o których nie powinniśmy mówić, ani nawet myśleć źle, bo już ich nie ma i nie mogą się bronić? Ciekawe, co sądził na ten temat ksiądz Tomaszek.

© Agata A. Konopińska

PS. W Internecie wyczytałam, że czaszki, które niegdyś leżały na ołtarzu, zostały z niego zdjęte i umieszczone w szklanej gablocie. To dobrze! Ja zwiedzałam Kaplicę w 2003 roku, wtedy jeszcze gabloty nie było. A na stronie parafii w Czermnej (WWW.czermna.pl) znalazłam WIRTUALNĄ KONTEMPLACJĘ KAPLICY. No tak… już XXI wiek! Tylko, psiajucha, trzeba mieć wtyczkę.


ŹRÓDŁA:
- Blog „Cmentarium”, post „Kaplica czaszek w Czermnej”: http://cmentarium.sowa.website.pl
- Veronika Dolezelova (2015) 5 kostnic v Čechách a na Moravě, které vám připomenou, jak moc je život pomíjivý: https://g.cz/5-kostnic-v-cechach-na-morave-ktere-vam-pripomenou-jak-moc-je-zivot-pomijivy/
- Kostnice alias „Memento mori“:

niedziela, 29 listopada 2015

My jesteśmy kanibale: lud Wari

My jesteśmy kanibale, hop-sa-sa, hop-sa-sa!
Nie brzydzimy jeść się wcale, hop-sa-sa, hop-sa-sa!
Jemy główki, nóżki, flaczki, oj-tak-tak, oj-tak-tak!
Wysyłamy krewnym paczki, co za smak, co za smak!


Pogłębiłam i poszerzyłam swoją wiedzę o ludach uprawiających kanibalizm. Dzisiaj będzie o amazońskim ludzie Wari’, określanym czasem jako ostatni kanibale na Ziemi (chyba niesłusznie, co wyjaśnię w przyszłych postach na temat kanibalizmu).

LUD WARI’ Z AMAZONII

W siedmiu wioskach, w sercu dżungli brazylijskiej, żyje lud zwany Wari’ (w języku plemiennym „wari” oznacza „my”). Wari’ uznawani są za jeden z ostatnich, jeżeli nie ostatni lud na ziemi, który zaprzestał kanibalizmu. Jeszcze w XX wieku Wari' praktykowali go na dwa sposoby: jako egzokanibalizm (zjadali swych wrogów) oraz jako endokanibalizm (jedli ciała swych zmarłych). Co ciekawe, obrzędy pogrzebowe rozpoczynały się jeszcze przed śmiercią głównego bohatera ceremonii. Zwykle była to osoba poważnie chora, a jej rychła śmierć była już wydarzeniem pewnym. Rodzina owej osoby wszczynała żałobny lament i wznosiła pieśń z wieloma zwrotkami, w której każdy żałobnik musiał przedstawić swe wspomnienia związane z umierającym. A gdy już się stało, co się miało stać, wszyscy ściskali i całowali zmarłego, i znowu śpiewali tę samą pieśń.

     Potem członkowie rodziny dzielili się na krewnych i powinowatych, by rozdzielić obowiązki. Krewni mieli za zadanie zorganizować pogrzeb, zaś powinowaci – przeprowadzić go. Przygotowaniem zwłok miał się zająć krewny, który żył w innej wiosce, i który o śmierci członka rodziny dowiedział się od osób spowinowaconych ze zmarłym.
Wzdęte wskutek rozkładu ciało zmarłego wojownika czeka na poćwiartowanie i upieczenie.
Osoby odprawiające rytuał noszą na głowach pióra ary (rys. Wem Quirio').

Ciało zmarłego musiało czekać, aż wszyscy zjadą się na pogrzeb, co trwało zazwyczaj dwa lub trzy trzy dni, a czasem dłużej. A że klimat w Amazonii jest gorący i wilgotny, w trakcie oczekiwania rozpoczynał się rozkład ciała. Takie właśnie nadpsute zwłoki, niekiedy wzdęte i naznaczone plamami opadowymi, trzeba było sprawić i upiec, a potem zjeść.Wnętrzności (oprócz wątroby i serca), genitalia i skórę z włosami odrzucano. Resztę pieczono na specjalnym grillu.

Ludzkie mięso na grillu. Wnętrzności owijano do pieczenia w liście palmowe
(rys. Wem Quirio').
Gotowe do jedzenia kawałki mięsa układano na plecionej macie obok chlebków kukurydzianych i zapraszano do posiłku dalszą rodzinę. Najbliżsi natomiast nie jedli. Mięsa zmarłego nie wypadało brać w palce, toteż biesiadnicy posługiwali się patyczkami, za pomocą których delikatnie wkładali sobie kąski do ust. Nie wypadało też jeść zachłannie, jak gdyby było to mięso upolowanych zwierząt. Ale któż mógłby jeść zachłannie zepsute mięso? Było ono niesmaczne, a czasem nawet w tak daleko posuniętym stanie rozkładu, że z trudem dawało się przełknąć. Jednak trzeba było zachować dobrą minę do złej gry. Odmowa zjedzenia mięsa byłaby dla bliskich zmarłego obraźliwa. Poza tym zmuszanie się do zjedzenia wstrętnego posiłku było swego rodzaju wyrzeczeniem dokonanym w intencji wiecznego spokoju i szczęśliwości zmarłego.

     (W tym miejscu dodam jeszcze ciekawostkę, że w przypadku egzokanibalizmu, czyli zjadania ciał wrogów, etykieta Wari’ nakazywała jeść łapczywie, tak samo jak je się mięso upolowanych zwierząt. W ten sposób zwycięzcy okazywali dominację nad zwyciężonymi.)

Dziecko Wari'.

Gdy mięso już zniknęło, ustalano szczegóły dalszej ceremonii. Kości mogły być spalone i pogrzebane w ziemi razem z grillem, albo też zmacerowane i zjedzone z miodem. Na ten przysmak oczekiwały wnuki zmarłego, które miały również przywilej spożycia upieczonego mózgu swego dziadka lub babci. Natomiast niezjedzone pozostałości musiały zostać spalone, tak samo jak wszystko, co należało do zmarłego: jego ubrania, dom, który wybudował, jego poletko kukurydzy, a nawet jego ulubione miejsca leśnych spacerów. Nie wolno było przy tym wymawiać imienia zmarłego. A dlaczego wszystko palono i imię zmarłego traktowano jak tabu? Żeby zatrzeć wszelkie ślady śmierci.

     Potem następował wielomiesięczny (zwykle około roczny) okres żałoby. Kończył się on dla każdego z żałobników w innym momencie – to znaczy wtedy, gdy ten po prostu podjął decyzję, że czas już na powrót do normalnego życia ze świętowaniem i radością. Wówczas udawano się na kolektywne polowanie, zdobycz pieczono, a potem urządzano nad nią… lamentowanie, jak gdyby był to zmarły człowiek. Gdy lament ustał, wszyscy przystępowali do uczty okraszonej śpiewami i tańcami, zjadając upieczone zwierzę. I tak oto duch zmarłego ostatecznie odchodził z ziemi, by zająć swe miejsce w podwodnej krainie umarłych. A jeżeli kiedykolwiek później zechciał wrócić na ziemię, przybierał postać pekari białobrodego, czyli – mówiąc bez ogrodek – leśnej świni (nazwa gatunkowa: Tayassu pecari). Zmarły robił w ten sposób dobry uczynek, objawiając się głodnym krewnym jako duża porcja pożywnego mięsa. Obowiązkiem Wari było odłowienie i zjedzenie pekari, bowiem zjadanie stanowiło zawsze rytuał przenoszący duchy w ich legalne miejsce pobytu, czyli do  krainy umarłych.

Duch zmarłego Wari' przybywa do krewnych wraz z dobrym mięskiem :)

Wari’ uważali, że niezjedzenie zmarłego (a potem mięsa jego kolejnych wcieleń) staje się przyczyną błąkania się jego duszy w cierpieniu po ziemskim padole. A poza tym w czasie zjadania ciała cząstki owej duszy miały się osiedlać w osobach opłakujących śmierć bliskiego i koić ich ból.


W początkach drugiej połowy XX wieku władze kościelne i państwowe w Ameryce Południowej zabroniły kanibalizmu i nakazały grzebanie zmarłych w ziemi. Tak więc dziś Wari’ nie jedzą już swoich zmarłych. Po dwóch-trzech dniach lamentowania nad ciałem, grzebią je posłusznie w ziemnych grobach. Młodzi Wari’ nie widzą w tym nic smutnego – kanibalizm to stara, niepraktyczna tradycja, powodująca odsuwanie się innych ludzi od osób go uprawiających. Nie jest dzisiaj łatwo żyć w sercu dżungli z etykietką „kanibal”. Do kanibali nie przybywają goście z cywilizowanego świata, nie zostawiają prezentów, nie oferują pomocy socjalnej. Ale starszym Wari’ jest ciężko na duszy. Mówią, że ich myśli wciąż wracają do gnijącego pod ziemią, czyli w zimnie, brudzie, skażeniu odchodami i osamotnieniu, ciała kochanej osoby. W ich ocenie nie powinno robić się czegoś takiego kochanym osobom. Powolny rozkład jest rzeczą złą, to krzywda wyrządzana zmarłemu. I grzebiąc zwłoki na zachodnia modłę, Wari’ są winni tej krzywdy. Praktykowane dawniej zjadanie po kawałeczku zmarłego powodowało, że czuli się zdecydowanie lepiej.

      Czytając różne materiały na temat ludów uprawiających kanibalizm i ich kultury można natknąć się na stanowisko, że kanibalizm, odbierany przez większość świata jako praktyka przerażająca i ohydna, nie jest bynajmniej wynalazkiem szatana. Jest wtopiony w obyczajowość danej grupy etnicznej, ma swoją podbudowę filozoficzną, duchową i higieniczną, zaś to wszystko nadaje mu sens i powoduje, że na kanibali nie powinniśmy patrzeć jak na potwory. Kanibalizm, a w każdym razie ten pogrzebowy, można postrzegać jako wyraz troski o los duszy zmarłego i akt walki z własnym przygnębieniem.

     Mnie zastanawia tylko jedno: jeżeli Wari’ tak bardzo nienawidzili i bali się rozkładu, to dlaczego jedli częściowo rozłożone zwłoki i dlaczego przedkładali kanibalizm nad kremację? Odpowiedź może być taka, że kanibalizm był dla Wari’ powinnością wobec zmarłego i antidotum na ból po stracie bliskiej osoby, nie zaś przyjemnością. Lecz nie mogę się oprzeć innej myśli. Być może w jedzeniu ludzkiego mięsa tkwił prosty, biologiczny cel: dostarczenie organizmowi brakującego i niezwykle cennego składnika odżywczego, czyli białka. Nawet, jeżeli to było białko nadpsute. W takim razie kanibalizm tym bardziej można poczytywać za powinność, tym razem wobec własnego organizmu. I za antidotum – na choroby z niedożywienia.

©  Agata A. Konopińska

BIBLIOGRAFIA
Wari’ funerary cannibalism (Retrieved 22 Feb 2012) Povos Indigenas No Brasil. At: http://pib.socioambiental.org/en/povo/wari/865
Learning to love cannibals (2002) University of Wisconsin, Board of Regents. At: http://whyfiles.org/164cannibal/3.html
D.F. Salisbury (2001) Giving cannibalism a human face. Exploration, the online research journal of Vanderbite University. At: http://www.vanderbilt.edu/exploration/news/news_cannibalism_nsv.htm